Tytuł: Koniec
Dodane: niedziela, 22 marca 2009, o 20:13:50
Nie podoba mi się ta odsłona myloga. To koniec. Nie mam siły prowadzić bloga, straciłam serce. To nie jest już blog. Co to ma być? Jakaś kopia naszej-klasy?
Jak zobaczyłam nową odsłonę i to, co uległo zmianie, wszystkie pomysły wyparowały.
Nie poznaję tego bloga.
Już nie należy do mnie.
Moje ulubione blogi uległy zapomnieniu. Nie mam po co pisać. Może wrócę z innym opowiadaniem i na innym serwisie, bo ten to już nie jest serwis dla mojego opowiadania. Ta odsłona naprawdę łamie mi serce.
Dziękuję tym, co byli ze mną do końca.
Żegnaj ars-amor!
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [6]Tytuł: Rozdział XXXII: Artykuł
Dodane: piątek, 9 stycznia 2009, o 20:58:14
Kto chce być nadal powiadamiany, niech wpisze się do Księgi. Nie dotyczy to osób, które już się wpisały.
Witajcie!
Oto nowa notka po bardzo długiej przerwie (och, czyżby ostatnia była we wrześniu?). Spowodował to brak weny, a następnie szwankowanie naszego kochaniutkiego myloga, który zaniemógł w pewnym momencie. Podjęłam decyzję - wracam. Napisze to opowiadanie razem z epilogiem. Nie ma chwilowo mocy, która mogłaby mnie powstrzymać. Nie będzie to dużo rozdziałów, najwyżej dziesięć. Mimo wszystko, nie potrafię rozstać się z tym blogiem. Może napisze na nim inną historię, kto wie?
Jak tam święta? Nie dodałam nawet życzeń. Dzięki mylogowi, oczywiście.
Notka wyszła troszkę długa. "Trochę", bo jest ze trzy razy dłuższa niż zwykle. A ja się bałam, że wyszło za krótko! Mam nadzieję, że nie zaśniecie, bo jest bez sensu.
Dedykacja
Dla tych, co tę notkę przeczytają i mają zamiar czytać te wypociny dalej, bo to naprawdę niezwykłe - ja piszę, a ktoś to naprawdę pochłania oczyma (że z namiętnością to nie, ale tak zwyczajnie). To jest wspaniałe. Naprawdę dziękuję, to ogromnoe wyróżnienie dla mnie. Ile ten blog trwa? W maju będą dwa lata, jeśli dotrwa do tego czasu. Tymczasem dziękuję. Notka w szczególności dla Jess. Gdyby ona tak nie marudziła, ten blog nadal by był pusty.
Dziękuję
Hermiona siedziała przy biurku i podpisywała formularze. Żmudna praca, jak ostatnimi czasy inteligentnie zauważyła. Żałowała, że nie zrealizowała swoich marzeń i nie założyła fundacji WESZ. Na pewno wielu skrzatów domowych i skrzatek potrzebowało jej pomocy. Tak, była o tym niezmiennie przekonana, choć wiele razy dostrzegała, że skrzaty nie chcą jej pomocy. Próbowała o tym nie myśleć, jednak nie mogła znieść ich cierpienia. Cierpienia, którego same nie chciały powstrzymać, które niszczyło ich zdrowe myślenie od wieków. Z pokolenia na pokolenie byli służącymi. Nie, to już nie było służenie. To było niewolnictwo i wyjątkowo okrutne.
Nagle do gabinetu wleciał niebieski samolocik z papieru i z prawdziwą gracją wylądował przed Hermioną, która westchnęła. Nie lubiła przesyłek wewnętrznych - zawsze przynosiły jej złe wiadomości. I tym razem nie było inaczej.
Hermiona rozwinęła kartkę. w jej ręku tkwił list. Od razu rozpoznała pismo Fostera. Treść wiadomości była oschła, czysto oficjalna i nie ujawniała żadnych szczegółów:
Panno Granger!
Ma panna zjawić się w moim gabinecie o godzinie jedenastej tegoż dnia.
D. Foster
Minister Magii
(Kawaler Orderu Merlina pierwszej klasy)
Hermiona spojrzała na zegarek. Były już dwie minuty po jedenastej. Samolocik musiał utknąć w windzie, lub być celowo później wysłany. Wybiegła pędem z gabinetu i skierowała się do najbliższej windy i wpadła tam z wielkim impetem uderzając w kogoś, a raczej w czyjeś plecy. Mężczyzna upadł.
- Przepraszam, naprawdę mi przykro - powiedziała Hermiona. Z ziemi podniósł się jakiś mężczyzna i Hermiona zaniemówiła chwilowo. Wpadła na Artura Weasleya. Nie poznała go w pierwszej chwili. Wyłysiał prawie całkowicie. Na jego głowie pozostała tylko resztka siwych włosów, które były kiedyś tak intensywnie rude. Teraz te siwe włosy otaczały półkolem pokaźną łysinę.
- Nie ma za co, a następnym razem proszę uważać - powiedział Artur Weasley i z uśmiechem odwrócił się. Uśmiech spełzł mu z twrarzy, gdy rozpoznał Hermionę. Stali tak chwilę na przeciw siebie, aż w końcu drzwi windy zatrzasnęły się. Hermiona z bólem zauważyła, że wszedł do następnej windy, która była naprzeciwko. Ona jednak jechała dalej. Minister urzędował w dwóch gabinetach, ale oczywiście nie napisał, czy przyjmie ją na górze, czy na dole. Hermiona wysiadła z windy i ruszyła ku gabinetowi. Za biurkiem siedziała Anne Desdey. Była to sympatyczna, niebieskooka blondynka.
- Cześć Anne! Jest może Foster?
- Przykro mi Hermiono, jest na górze.
- Dobra, dziękuję za informację.
- Nie ma za co - powiedziała Anne i pomachała jej ręką. Hermiona jednak już tego nie widziała i nie słyszała. Pędziła jak wiatr ku windzie. Weszła do niej. Spojrzała z niepokojem na zegarek. Mimo jej pośpiechu była już spóźniona dwadzieścia minut. Drzwi otworzyły się i do windy wszedł Ron, nie widząc jej początkowo. Ron wyglądał okropnie - miał podkrążone oczy, a jego szata była bardzo pognieciona, jakby nie była prasowana od miesiąca. Widać było, że wyraźnie schudł. Hermiona popatrzyła na niego ze współczuciem. "To wszystko moja wina" myślała, a jedna łza wydobyła się na wolność i spłynęła samotnie po zaróżowionym policzku. Nigdy nie mogła hamować emocji, to było ponad jej siły. Choć bardzo się starała...
Nagle ich dłonie się zetknęły. Najpierw lekko i oboje je cofnęli, zawstydzeni. Potem jednak ich dłonie ponownie się zetknęły. Koniuszkami palców. Lekko i subtelnie, ale nie cofnęli ich. Hermiona czuła ciepło i miłość z tej ręki. Jej przyjaciel był zdolny do kochania i ona dobrze zdawała sobie z tego sprawę. Ron przypominał jej wrak człowieka, którego znała, jednak czując jego ciepło przekonała się, że to naprawdę on. Ron czuł się samotny i potrzebował otuchy. Może właśnie dlatego w pewnej chwili Ron ujął jej dłoń. Gdy poczuł, że osoba za nim nie cofnęła ręki, ścisnął ją mocniej. W pewnej chwili Ron zdał sobie sprawę, że postąpił głupio. Nie wiedział kim była osoba za nim. Wyrwał dłoń i obrócił się, by przeprosić kobietę, której dłoń ścisnął. Wiedział, że to kobieta. Mężczyzna nie mógł mieć takich delikatnych rąk. Poza tym ta dłoń była mu jakby znajoma, jakby przeznaczona dla niego.
- Przepraszam... - zaczął i zobaczył Hermionę. Widział samotną łzę, która spływała po jej policzku. Otarł ją delikatnie. Hermiona czuła jego ciepło i nagle chłopak odwrócił się do niej plecami. Stchórzył. Okazał uczucie kobiecie, dla której pobił innego mężczyznę. Kobiecie, do której nie miał zamiaru się nigdy odezwać. Kobiecie, której nie chciał już widzieć i nie chciał jej znać. Głupie serce okazało się znów gorsze od rozumu. Winda zatrzymała się i Ron z niej wyszedł.
- Ron... - szepnęła Hermiona, ale jej stopy wrosły w podłoże windy i odmówiły jej posłuszeństwa. Stała tak chwilę, a nagle poczuła chęć wybiegnięcia za nim, ale nie zdążyła. Winda zatrzasnęła swoje drzwi i jechała dalej. Hermiona przypomniała sobie nagle o Fosterze. Spojrzała na zegarek. Było już półgodziny po wyznaczonym czasie. Hermiona wybiegła z windy. O dziwo, wyszła na odpowiednim piętrze. Poszła do gabinetu Fostera i zapukała. Usłyszała ciche "proszę".
- Granger, półgodziny spóźnienia.
- Dostałam zbyt późno list. On był już spóźniony. Poza tym szukałam pana najpierw na dole.
- To trzeba było zacząć od góry. Obetnę pannie pensję - powiedział Foster i uśmiechnął się. Hermiona już wiedziała gdzie trafi jej pensja. Zacisnęła zęby.
- Pan mnie wzywał. Mam dużo pracy, więc byłabym wdzięczna, gdyby pan się pospieszył - wycedziła
- Pani jakoś się nie spieszyła - powiedział Minister. "On chce cię sprowokować. Nie daj się" powtarzała w myślach dziewczyna. Usiadła na krześle, które wskazał jej Foster.
- Chcę by wyjaśniła mi pani TO - powiedział mężczyzna, rzucając Hermionie przed nos jakąś gazetę. Był to "Prorok codzienny". Hermiona rozłożyła go. Na pierwszej stronie widniało jej zdjęcie. Jej i Draco. Całujących się w szpitalu.
- To moje życie prywatne. Nie powinno pana obchodzić - powiedziała Hermiona oddychając głęboko. Na artykuł, który zajmował prawie całą pierwszą stronę, nawet nie spojrzała bo nie miała ochoty.
- Mnie obchodzi. Jest panna rozpoznawalna, a jej nazwisko jest sławne dzięki pani osiągnięciom. Powiem pannie nowinę, która ją ucieszy: tak miało wyglądać dzisiejsze wydanie "Proroka", jednak nakazałem zniszczyć cały nakład. Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy. Nie możemy szargać panny opinii. To panny uczeń. Na drugi raz proszę uważać. - Foster podszedł do okna. Hermiona uznała to za zakończenie rozmowy.
- Czy mówiłem już pannie, że jej pensja poniesie także z tego powodu straty? - powiedział Minister i z powrotem spojrzał w okno. Hermiona wyszła z gabinetu, zabierając gazetę. Zatrzasnęła drzwi odrobinę za mocno, gdyż huk drzwi obudził sekretarkę, urzędującą na dole.
Było po dwudziestej. Hermiona z tryumfem podpisała ostatni formularz. Wyszłaby wcześniej, ale Foster podrzucił jej jakieś foldery do przejrzenia i podpisania. Hermiona czuła nadal wielki gniew i wściekłość na myśl o swoim szefie, więc szybko wyszła z pracy. Weszła do pustej kawalerki i poczuła się bardzo samotna. Nagle poczuła, że ma dość wszystkiego: Pracy, Draco, Rona, Draco i Harry'ego oraz całe życie. Jednym słowem: wszystkiego. Tej ignorancji ze strony rodziny Weasley'ów, Harry'ego. Tej pogardy w oczach. Jej marzenia legły w gruzach i czuła to bardzo wyraźnie. Jakaś cząstka jej duszy czuła, że musi się pozbyć paskudztw ze swego życia. Na pierwszy ogień pójdzie sprawa z Draco. Zakończy definitywnie jakiekolwiek pocałunki, spotkania. Doczeka do czerwca i już nigdy nie zobaczy Malfoya. A potem być może nawet rzuci pracę. Tak, to było to. Hermiona wzięła płaszcz, który dopiero co powiesiła na wieszaku i założyła go, zapinając niedbale. Do ręki wzięła torebkę, do której wsadziła "Proroka". Noc była piękna, a księżyc był w pełni. Hermiona postanowiła, że zadba o kondycję i że przejdzie się do Świętego Munga pieszo. Szła ulicą, a lekka warstwa śniegu chrzęściła jej pod stopami. Hermiona zaszczękała zębami. Nie wzięła czapki i rękawiczek. W końcu dotarła na miejsce. Po krótkiej rozmowie z manekinem, weszła do środka. Do recepcji była duża kolejka, więc od razu udała się na oddział, na którym leżał Draco Malfoy. Zapukała do drzwi. Słysząc "Proszę", weszła do środka. Na łóżku jednak nie leżał Malfoy, tylko zupełnie obcy mężczyzna. Hermiona wydukała "Przepraszam" i wyszła szybko z pomieszczenia. Kolejka do recepcji nieco zmalała i Hermiona ustawiła się za jakąś starszą panią, która miała trzecią nogę.
- W czym pomóc? - zapytała recepcjonistka, gdy Hermiona podeszła do okienka.
- Tak. Wczoraj na oddziale Kennedy'ego leżał pacjent o nazwisku Malfoy. Nie wie pani może, gdzie go przenieśli? - spytała Hermiona.
- Już patrzę. Malfoy Draco, tak? Dziś rano wypisał się na własne życzenie.
- Wypisał? Przecież miał wczoraj wszystko połamane i pół siekanego mięsa zamiast twarzy - powiedziała dziewczyna. Recepcjonistka spojrzała na nią z politowaniem.
- Podano mu eliksir i przez noc wszystkie jego kości się zrosły, a rany będą się goić do dwóch. Czyż to nie jest niezwykle dziwne w świecie czarodziejów? - spytała z ironią i paskudnym uśmiechem. Hermiona natychmiast oddaliła się w stronę drzwi i wyszła ze szpitala. Od razu poczuła chłód i zatrzęsła się z zimna. Spojrzała na ulicę - nikt nie patrzył w jej stronę. Wzięła różdżkę w dłoń. Poczuła żelazną obręcz na piersiach. Gdy ta się rozluźniła, stała już przed Malfoy Monor. Śmiało weszła w podwórze i zapukała do drzwi, które otworzyła bohaterska skrzatka.
- Pani kogoś szuka? - zapytała żałośnie. Hermiona zauważyła, że jej palce są dziwnie czerwone.
- Tak. Czy jest może Draco Malfoy?
- Panicz Malfoy ucina sobie drzemkę. Nie radziłabym go budzić - powiedziała skrzatka.
- Jednak wejdę - powiedziała Hermiona. Margot natychmiast cofnęła się i skłoniła.
- Panicz śpi w drugim pokoju na lewo, na pierwszym piętrze. Zaprowadzić?
- Nie, sama trafię. Dziękuję - powiedziała Hermiona. Chciała zabrać skrzatkę jak najdalej stąd. Widać, że nie miała łatwego życia.
- Na pewno? - spytała Margot zdumiona.
- Oczywiście. A ty usiądź sobie i, proszę, odpocznij - skrzatka spojrzała na nią nieufnie. Nikt jeszcze nie powiedział jej "dziękuję", ani nie poprosił, by odpoczęła. Niepewna przybyłej kobiety poszła jednak do kuchni, by prasować ubrania.
Hermiona poszła na górę i skręciła w lewo. Zapukała do drzwi. Nikt nie odpowiadał, ale jednak weszła. Otoczyły ją egipskie ciemności.
-
Lumos - szepnęła, a światło wypełniło pokój. Pokój był ogromny, więc dziewczyna podeszła bliżej. W pewnej chwili Hermiona stanęła jak wryta. Skrzatka powiedziała jej, że Malfoy drzemie. Nie spodziewała się jednak ujrzeć go w czasie głębokiego snu. Leżał cały odkryty, jedynie w samych bokserkach. Kołdra spoczywała na podłodze. Jego twarz nadal wyglądała paskudnie, jednak po złamaniu nosa nie było nawet najmniejszego śladu. Chciała wycofać się bezszelestnie. Uszła jednak dwa kroki, a podłoga skrzypnęła pod jej ciężarem. Hermiona usłyszała jakieś poruszenie za sobą, więc odwróciła się szybko. Malfoy siedział na łóżku, a jego twarz zdobił ten dobrze jej znany ironiczny uśmiech.
- Przyszłaś sobie popatrzeć? - spytał Malfoy. Czyżby w jego głosie było
rozbawienie?
- Nie, przyszłam w sprawach zawodowych - odpowiedziała Hermiona chłodno - Wyszedłeś ze szpitala, więc przyszłam się spytać co z pracą...
- Nie mogłaś wysłać sowy?
- Nie, wolałam porozmawiać osobiście.
- Tęskniło się za mną, tak? - zapytał, a Hermiona patrzyła na niego lekko oburzona. Nawet nie sięgnął po jedwabny czarny szlafrok leżący obok.
- Nie, nie tęskniło się za tobą. Więc co z tą pracą? Kiedy wracasz?
- Skąd wiedziałaś, że wyszedłem ze szpitala?
- Mógłbyś przestać zadawać pytania?
- Mogłabyś się wyluzować? - znów się z nią droczył, bawił się nią. To była gra w kotka i myszkę, w której myszka Jerry była częściej wykiwane przez Toma niż
vice versa.
- To kiedy wracasz?
- Nie możesz się wyluzować. Myślę, że za tydzień, może dwa...
"Tydzień, może dwa..." Hermionę przytkało. Mimo wszystko wolała już Draco u siebie niż znosić samodzielnie potyczki z Fosterem.
- Za tydzień, może dwa? Jesteś już zupełnie zdrowy... - Draco uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Mam pokiereszowaną twarz. Nie będę się pokazywał wśród ludzi.
- W Mungu powiedzieli, że zniknie ci to najpóźniej pojutrze... - powiedziała Hermiona. Z przerażeniem odkryła, że się wygadała. Draco nie dość, że usłyszał wypowiedź dziewczyny, to jeszcze wyczuł jej zmieszanie. Uzyskał potwierdzenie - szukała go. "Jest już moja" - pomyślał.
- Granger, stoisz jak głupek. Usiądź - rzekł, przesuwając się i robiąc miejsce. Hermiona, chcąc nie chcąc, usiadła obok blondyna. Ten odgarnął jej kosmyk włosów z oczu. Hermiona cofnęła się kawałek dalej od niego.
- A więc byłaś w Mungu. Niezwykłe, jak troszczysz się o swojego stażystę. Odwiedzasz go w szpitalu, potem w domu...
- Bo musisz zobaczyć TO - powiedziała Hermiona, rzucając w niego gazetą. Draco wziął do ręki gazetę i zmarszczył brwi. Dopiero po chwili rozpoznał całującą się parę. To byli oni.
- Skąd to masz? - zapytał chłodno.
- Od Fostera. Nie pozwolił tego opublikować, ale obciął mi sporą część pensji.
- Pieniądze mogę ci dać, jeśli oto ci chodzi...
- Nie, dziękuję. Nie wzięłabym ich nawet, gdybyś był otatnia deską ratunku - krzyknęła Hermiona. Do pokoju niespodziewanie weszła Margot.
- Przyniosłam wino i ser - powiedziała nieśmiało. Z jakim strachem ona patrzyła na Malfoya! Hermiona poczuła, jak kraje jej się serce.
- Nikt cię nie prosił - warknął Draco i sięgnął po różdżkę, którą machnął bardzo szybko. Taca, którą niosła skrzatka, poleciała na ziemię, rozstrzaskując butelkę i dwa kryształowe kieliszki. Wino rozlało się po kosztownym dywanie i serze. W następnej chwili skrzat zwijał się z bólu.
- PRZESTAŃ! - wrzasnęła Hermiona -
Expelliarmus! - rzekła zaklęcie. Różdżka wyleciała z ręki blondyna i spoczęła w ręce Hermiony, która wstała i podbiegła do skrzatki.
- Oddaj mi różdżkę, Granger! To mój dom i będę robił co mi się podoba!
- Nie będziesz męczył tej biednej skrzatki! - krzyknęła Hermiona - To żywa istota! Sprawiasz jej ból! Torturowanie słabszych jest aż tak ci miłe?! Najpierw ja, teraz ona!
- Nie będziesz rozkazywała mi w moim domu - powiedział Malfoy i ruszył ku Hermionie, która złamała jego różdżkę na pół. Malfoy ryknął z wściekłości i zaczął biec. Nagle wrzasnął z bólu - nadepnął na resztki butelki i kieliszków. Hermiona w tym czasie była już w holu. Rzuciła dwie połowy różdżki na podłogę. Nie wzięła nawet płaszcza. Szybko się teleportowała. Była w domu, a jej serce biło chyba dziesięć razy szybciej niż zwykle.
Tymczasem Malfoy pękał z wściekłości.
- Posprzątaj to, a potem zejdź mi z oczu! - wrzasnął na biedną Margot. Skrzatka szybko posprzątała zniszczenia i wyszła z pokoju.
- Granger, pożałujesz tego! - wrzasnął w stronę drzwi zamykanych przez skrzatkę i wrócił do opatrywania nogi. "Tym razem przegięła. Jutro muszę iść kupić nową różdżkę" - pomyślał. Był wściekły. Przecież powinien pamiętać, że w Hogwarcie założyła jakąż WSZĘ, czy coś takiego.
- Skrzacia maniaczka - powiedział, gdy podniósł resztki różdżki z podłogi w holu. Było to niepotrzebne, gdyż uderzyły w ścianę i znalazły się znów na podłodze. Były to już jednak trzy kawałki.
Ja jestem inny,
Ja jestem inna.
Jesteśmy różni i to nas różni.
Pięknie nas różni inność niewinna,
Ty jestem inny,
Ty jesteś inna.
Nie jestem winny, że jestem inny.
Nie jestem winna, że jestem inna.
Inna od ciebie, inna od niego,
Inna innością kogoś innego...
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [12]Tytuł: Rozdział XXXI: Kobiety i mężczyźni
Dodane: wtorek, 23 września 2008, o 21:52:06
KASUJĘ WSZYSTKIE WPISY W KSIĘDZE! CI CO CHCĄ BYĆ POWIADAMIANI, NIECH WPISZĄ SIĘ PONOWNIE!
Witajcie!
Przyszła jesień, opadają liście, ale wcześniej są kolorowe (radość Weroniki). Jak przystało, oczywiście dopadł mi katar, ból gardła, gorączka, dreszcze i różne inne niemiłe rzeczy. Nienawidzę być chora (a kto lubi?) i dlatego jestem zdenerwowana, wkurzona etc. Ogólnie rzecz biorąc mój nastrój nie jest najlepszy, ale chcę was o coś prosić. Ja regularnie klikam w różne strony charytatywne. Dzisiaj znalazłam super temat na jakimś forum i mój zasób tych stron powiększył się. Kliknijcie
TUTAJ, tu jest masę stron. Wybierzcie kilka i klikajcie. To nic nie kosztuje, a pomagasz innym. Proszę, zróbcie to dla mnie, a raczej dla innych...
Notka jest zła, zła, zła, krótka i beznadziejna, ale co można wymagać od chorego?
Dedykacja
Tę notkę dedykuję wszystkim, którzy czytali lub czytają tego bloga. Bez waszych komentarzy, słów krytyki, ale czasami i zachwytu, to opowiadanie nie istniałoby, albo zakończyłoby się już dawno temu. Dziękuję wam wszystkim: Frances, Selenie, Jess, Małej Mi i wszystkim, których nie wymieniłam, bo zajęłoby to pół notki.
Naprawdę Wam dziękuję...
Draco Malfoy siedział w czarnym, oczywiście skórzanym, fotelu, trzymając szklankę ognistej whisky w dłoni i bezmyślnie patrząc się w ogień kominka. Nadal był na siebie niewiarygodnie wkurzony. Mógł ją pocałować, zepsuć jej humor, zrobić na złość, ale nie. Klęknął jak wariat z tą bułką, co początkowo mogło wyglądać jak oświadczyny. A potem to, że ją objął jakoś tak odruchowo i ona niczego nie zauważyła.
- Kobiety - prychnął blondyn - Wmawiają nam, że mamy ślepotę wrodzoną, a ona co? Sama tego nie zauważyła! I bardzo dobrze - dodał po chwili, bo ogarnęło go jakieś dziwne wahanie nastroju, jakby ubolewał nad tym.
- Naiwna szlama - zaśmiał się cicho i wypił kolejny łyk ze szklanki. Nagle drzwi pokoju otworzyły się na całą szerokość i do pokoju wpadł mężczyzna.
- Ty szumowino! - powiedział mężczyzna i zbliżył się do Malfoya, który wstał z fotela, chwiejąc się lekko. Płomienie z kominka oświetliły twarz przybysza.
- Weasley? - prychnął Malfoy i zaśmiał się nerwowo, chwytając się jedną ręką oparcia fotela, żeby nie upaść. Ron spojrzał na niego z litością i obłędem w oczach. Podszedł jeszcze bliżej Draco i znów popatrzył na niego. Pijany - brzmiała jego diagnoza. Miał już wyjść, ale przed jego oczami pokazał się obraz śmiejącej Hermiony i obejmującego ją Malfoya.
- Odchrzań się od Hermiony - powiedział Ron - Nie dam ci jej skrzywdzić. To moja narzeczona!
- Była narz-rzeczona, Weasle-yy. Z naciskiem na była - powiedział Draco.
Ron zacisnął pięści. Malfoy uśmiechnął się i wypił kolejny łyk whisky.
- Powtarzam, zostaw ją w spokoju. Przecież uważasz ją za durną szlamę. A ona nie jest głupia i ty o tym doskonale wiesz. Jeśli chcesz uważać ją za szlamę, to spójrz na siebie, durny arystokrato. Jesteś zerem w stosunku do niej - Draco zacisnął prawą dłoń tak mocno, że szklanka pękła. Po jego dłoni zaczęła ściekać mieszanina krwi i alkoholu.
- Jak śmie-szsz mnie tak nazywać, co-co ofermo? Jestem więcej wart niż ty i-ii ona razem wzięci! A po-zza tym jesteś mi winny szklankę i-ii whisky. Kosz-ttowała tyle, ile tty nie zarobisz przez całe życie, zdrajco krwi...
Nie wytrzymał. Ron rzucił się na Malfoya i bez trudu go obezwładnił, co nie było trudne zważywszy na to, że blondyn był pijany i ledwo trzymał się na nogach.
- To za Hermionę - wymierzył mu kolejny cios, który pozbawił go przytomności. Ron stanął jak wryty. Nie miał zamiaru wzywać Uzdrowicieli do tego dupka, który, nie wiedzieć czemu, podwala się do Hermiony, a ona pozwala mu się czarować. "Nigdy nie zrozumiem kobiet" pomyślał Ron. Jego wzrok ponownie spoczął na Malfoyu. Urazy z dawnych lat i chęć zemsty zwyciężyły. Z czystym sumieniem wyszedł niezauważony z Malfoy Monor i teleportował się do siebie.
Margot uznała, że w domu jest za cicho. Postanowiła zejść na dół i to sprawdzić. Jej pan nie należał do spokojnych osób on nie. Był bardzo wybuchowy i wymyślał coraz gorsze kary, zupełnie jak jego rodzice. Margot zadrżała na samą myśl o tym. Po prostu nie jej wina, że nie umiała ugotować obiadu w dziesięć sekund ani przygotować kąpieli w tak krótkim czasie. Jednakże była skrzatką sumienną i dobrą, więc nawet w obawie przed karą postanowiła sprawdzić co się dzieje.
Mniej więcej w połowie schodów usłyszała jakieś dalekie głosy i zamarła. Później słyszała już tylko odgłosy bójki i jakieś krzyki. Nagle wszystko ustało. Skrzatka zdołała tylko zauważyć sylwetkę jakiegoś mężczyzny, który szybkim krokiem opuszczał Malfoy Monor, zwyczajnie jej nie zauważając. Mężczyzna wyszedł poza obręb dworku i teleportował się. Skrzatce serce zaczęło powracać do normalnego rytmu i pobiegła do jednego z gabinetów pana. Leżał tam nieruchomo, nieprzytomny. Z jego nosa sączyła się krew, a jedna z rąk leżała pod dziwnym kątem. Margot poszła wezwać pomoc...
Hermiona weszła do gabinetu, spóźniona dobre pięć minut. Najzwyczajniej na świecie przypaliła śniadanie (gotowanie nie szło jej perfekcyjnie), a dzisiaj jeszcze zamyśliła się nad wczorajszym wieczorem. Czy Malfoy naprawdę ją obejmował? A może jej się to tylko śniło? Czy to możliwe, że był mniej arogancki niż zwykle i nawet miał, o dziwo, poczucie humoru? A jajecznica się węgliła...
- Mam nadzieję Malfoy, że dziś nie nakablowałeś na mnie Fosterowi, każdemu zdarzy się awaria w kuchni...
- Witam panią, panno Granger - powiedział ktoś z fotela Malfoya. Hermiona poczuła, że robi jej się gorąco. Spojrzała na fotel, na którym zamiast Draco Malfoya, siedział Foster we własnej osobie.
- Dzień Dobry panie Ministrze - powiedziała Hermiona.
- Kolejne spóźnienie? Czyli były jeszcze jakieś oprócz tych, których wiem? Przekabaca pani ucznia? - zapytał Foster, unosząc brew.
- To nie tak, panie Ministrze. Miałam małą awarię - powiedziała Hermiona, mieszając się lekko.
- Mam nadzieję. Muszę panią z przykrością poinformować, że pan Malfoy nie będzie pracował z panią przez najbliższy tydzień.
- A dlaczego? Czy coś mu się stało? - zapytała Hermiona bez emocji. "Wstydził się wczorajszego i myśli, że o tym zapomnę. Faceci" - pomyślała Hermiona.
- Jest w Świętym Mungu, panno Granger - odpowiedział Foster - Ktoś napadł go w domu. Znalazł ją skrzat domowy, Margot.
- Chyba raczej skrzatka - powiedziała Hermiona, zanim zdążyła ugryźć się w język.
- Żadna różnica. Jak pani chce, podeślę pani kogoś z pracowników.
- Nie, nie trzeba - odpowiedziała szybko Hermiona. Przynajmniej w pracy posiedzi trochę dłużej. Nie lubi tej samotności we własnym domu, w którym, nawiasem mówiąc, nie czuła się zbyt komfortowo.
- Na pewno, panno Granger?
- Oczywiście.
- W takim razie żegnam.
- Do widzenia!
Drzwi zatrzasnęły się za Fosterem, a Hermiona oparła się o ścianę. Taka wpadka na sam początek dnia i w dodatku Malfoy w szpitalu, napadnięty przez kogoś we własnym domu, nie wiadomo przez kogo. Nie wiedziała co myśleć, więc postanowiła wyłączyć na chwilę tą część mózgu i zajęła się pracą. Bez Malfoya stos papierów był dwa razy większy niż ten, do którego ostatnimi czasy przywykła.
Było już po dwudziestej, a ona nadal siedziała i robiła papierkową robotę. Spojrzała na zegarek i zdziwiła się godziną. Była pewna, że niedawno dopiero zaczęła. Zostało jej jeszcze kilka rzeczy do podpisania. Podjęła decyzję, że odwiedzi Malfoya. Odruchowo podpisała cztery formularze i wyszła z gabinetu. Na drugim piętrze napotkała Rona. Nie wiedziała jak się zachować, ale nie musiała się tym martwić. Ron udawał, że jej nie zna, a nawet nie widzi. Wsiedli i wysiedli z windy bez słowa. Hermionę mimo wszystko chwyciły wyrzuty sumienia i coś ją kuło w sercu. Nie wiedziała, że Ron czuje to samo. Czuli nawzajem swoją bliskość i nie mogli o niej zapomnieć, choć każde patrzyło w inną stronę.
Winda stanęła i oboje wysiedli, każdy idąc w swoją stronę. "Biedny Ron. Mężczyźni są jednak beznadziejnie beznadziejni. I jak kosmici - można tylko wierzyć, że naprawdę istnieją prawdziwi. Co za życie'. Skręciła do piekarni i kupiła jakieś ciasto z orzechami.
Leżał na łóżku, czytając gazetę. Całą prawą rękę i nos miał obłożone jakąś zieloną mazią.
- Witaj Malfoy - powiedziała Hermiona. Blondyn spojrzał w jej stronę. Hermiona pisnęła cicho. Na lewe oko miał podbite, a policzki całe w rysach. Nos i nogę, jak domyśliła się Hermiona, miał złamane.
- O, Granger. Szlama jednak przyszła do arystokraty? - No tak, znowu szlama. Hermiona popatrzyła na niego z litością.
- Nie rób złośliwości Malfoy, ja pamiętam wczorajszy wieczór. Czyżby męczył cię kac? Podobno byłeś napadnięty, a ja tu widzę, że prawdopodobnie przewróciłeś się niefortunnie po pijaku. Jesteś kłamcą. Nie dość, żeś brzdki, jeszcze taki cham.
- Nie jestem chamem, a brzydki to już w ogóle Hermiono. A tak ogólnie rzecz biorąc zostałem opity i pobity...
- O kaktus mi tu wyrośnie, Malfoy. Na lewej powiece. Upiłeś się sam i przewróciłeś. Poza tym od kiedy nazywasz mnie Hermioną? Draco zignorował ostatnie pytanie.
- Naprawdę mnie napadnięto. Potwierdzić może to moja skrzatka.
- Masz tu ciasto.
- Z podrzędnej mugolskiej cukierni? - zapytał ironicznie Malfoy.
- Jak nie chcesz, to sama zjem.
- No dobra, dawaj to ciasto.
Reszta rozmowy upłynęła nadzwyczaj lekko, ale nie padło w niej ani słowo o Ronie. Malfoy wolał poczekać na inny moment. Patrzył na nią, a ogień palił go w piersiach. Aktualnie wyrzucała mu, ile ma przez niego roboty. Zbliżył swoje usta do jej ust i pocałował lekko. Hermiona odwzajemniła pocałunek, który stał się bardziej namiętny i zaborczy. Całowali się, nie licząc chwil, w zapomnieniu. Nie zauważyli nawet wejścia jednej z uzdrowicielek.
W tej chwili dla niej liczył się tylko on.
W tej chwili dla niego liczyła się wyłącznie ona.
W tej chwili widzieli tylko siebie, zapomnieli o ponurym świecie, o tym, że są wrogami, że nawzajem się ranią.
Tylko on.
Tylko ona.
Tylko jeden pocałunek, chwilowe zapomnienie o tym, że niemożliwą rzeczą jest to, by byli razem.
Zmienność jesieni, lat, wiosen i zim,
Niezmienna jest na świecie tym,
Tak jak niezmienny w człowieku jest głód,
Błąd prostych słów i pięknych nut...
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [16]Tytuł: Rozdział XXX: Kolacja
Dodane: środa, 20 sierpnia 2008, o 18:03:36
Kto chce być nadal powiadamiany, niech wpisze się do Księgi. Nie dotyczy to osób, które już się wpisały.
Witajcie!
Oto jubileuszowy, trzydziesty już rozdział. Powiem szczerze, że miałam wielką ochotę pisać, ale brak mi znowu pomysłów. Marna ze mnie pisarka. Po za tym dużo czasu spędzam z przyjaciółmi i na czytaniu (twórczość Małgorzaty Musierowicz) i nie tylko. Ogólnie jakoś mi dziwnie, czuję się niedowartościowana, a pogoda robi mi na złość - cały czas słońce (tudzież burze, ale trwały trzy dni), kiedy ja nie mam zbyt radosnego humoru i na dodatek głowa mnie boli nie wiadomo od czego i to codziennie! Muszę zacząć częściej pisać notki, bo powoli się gubię w tym całym rozgardiaszu. Prawdziwy pisarz tak nie ma. A ja nie będę pisarzem, bo mam za mało pomysłów i za mało talentu...
Notka jest średnia, jak zwykle. Ale długość jest naprawdę większa niż przeciętnie.
Dedykacja
Nie wiem czemu, ale mam ochotę zadedykować tę notkę pewnemu męskiemu szowiniście, który jest obecnie w Kołobrzegu, a na dodatek jest li jedynym moim przyjacielem płci przeciwnej. Mikołaju, dzięki za to, że odpowiadasz lub nie odpowiadasz na moje SMS-y. Ogólnie bardzo Cię lubię i dlatego dla Ciebie ta notka. Sama nie wiem, czemu ją Tobie dedykuję. Pomyślałam nagle o morzu i skojarzyło mi się z Tobą. No cóż, nic na to nie poradzę. Zresztą i tak tego nie przeczytasz...
Szła przez jakiś ciemny korytarz, a jej różdżka była w gotowości. Reagowała na każdy najlżejszy podmuch czy szmer, a po jej czole lały się stróżki potu. Usłyszała jakieś kroki. Zamarła z przerażenia, opierając się o ścianę. Obok niej przeszli dwaj zamaskowani mężczyźni, pogrążeni w rozmowie do tego stopnia, że nie zauważyli jej. Hermiona odetchnęła z ulgą. Gdy jej serce trochę się uspokoiło, ruszyła dalej. Nie miała pojęcia dokąd iść, ale dziwnym trafem wybierała na rozstajach te dobre korytarze. Wreszcie, na końcu któregoś z korytarzy, zamajaczyły się jakieś drzwi. Hermiona stanęła przed nimi i zawahała się. A jeśli to nieprawidłowe drzwi? Przed oczami ukazała się jej wizja Nagini. Wzdrygnęła się lekko i popchnęła drzwi. Ani drgnęły. Zresztą nie spodziewała się, że po zwykłym pchnięciu drzwi, czy naciśnięciu klamki otworzą się przed nią te drzwi.
-
Alohomora! - powiedziała stanowczo. Drzwi ani drgnęły. Jednak ona, zahartowana w boju, zaczęła wymyślać inne sposoby i zaklęcia. Po dzisięciu minutach weszła do środka i nie patrząc, zamknęła za sobą drzwi.
- Hermiona? - usłyszała cichy głos, dochodzący zza jej pleców. Hermiona poczuła dreszcz, przechodzący przez jej plecy i odwróciła się. To, co ujrzała, przyprawiło ją o mdłości i wydała zduszony okrzyk.
Do ściany przykuci byli dwaj mężczyźni. Jednym z nich był Ron, drugim Draco.
- Co? Jak? - wyjąkała. Miała zamiar znaleźć jakąś księgę, a nie dwóch mężczyzn jej życia.
- Nie widzisz? Jesteśmy uwięzieni, jakbyś tego nie zauważyła, Granger...
Nagle rozległy się kroki. Wiedziała, że ją zdemaskowano, czuła to przez skórę. Wiedziała również i to, że nie zdoła uratować ich obu. Musi wybrać jednego. Ruszyła w kierunku Draco, po czym zatrzymała się. Nie była pewna, zawahała się. Stała tak bezczynnie, a drzwi rozwarły się gwałtownie, błysnęły zaklęcia, ktoś wykrzyknął jej imię...
- Hermiono, na Merlina, obudź się wreszcie! - usłyszała dziewczyna i gwałtownie otworzyła oczy. Znajdowała się w swojej kawalerce, pomalowanej na zielono, na ciemnozielonym tapczaniku. Obok na fotelu spoczęła Ginny z wypchaną czymś torbą.
- Ginny? Co ty tu robisz? Jak mnie znalazłaś? - zapytała Hermiona ze zdziwieniem.
- Nie było trudno - odburknęła Weasley'ówna dziwnym tonem - Hermiono, musimy poważnie porozmawiać.
- I chyba wiem o czym - westchnęła brązowooka - Chcesz porozmawiać o Ronie? - Ginny kiwnęła głową, a Hermiona wydała z siebie jeszcze jedno westchnienie.
- Nie mam ochoty o tym mówić - rzekła wreszcie, po pięciu minutach ciszy, która ciążyła w powietrzu.
Ginny spojrzała na nią dziwnym, nieodgadnionym spojrzeniem i nastroszyła brwi.
- Ale ja mam ochotę wiedzieć - powiedziała Ginny.
- Jak mam ci o tym powiedzieć, skoro sama nie wiem?! Nie kocham Rona, to wiem na pewno! To znaczy kocham go, ale jak przyjaciela, nic więcej! - wybuchnęła Hermiona.
- Już spokojnie - rzekła łagodnie rudowłosa - Nie krzycz tak, bo sąsiedzi złożą na ciebie donos. Słyszałam, że wśród mugoli to bardzo popularne.
- Chrzanię ich donosy - powiedziała Hermiona i mimo woli uśmiechnęła się. Ginny nie odwzajemniła uśmiechu.
- Kochasz Malfoya? - spytała Ginny, a jej głos zabrzmiał chłodno. Hermiona spojrzała na nią ze strachem.
- N-nie w-wie-em - wyjąkała Hermiona - Skąd ci to przyszło do głowy?
- Przez sen mamrotałaś słowa "Ron" i "Draco" na zmianę. Wybacz, ale nikt oprócz niego nie nosi imienia "Smok". Nietrudno się domyślić.
- Ginny... ja sama nie wiem co się ze mną dzieje, czego chcę, co do kogo czuję. Wiem, że nienawidzę Malfoya, ale jednocześnie czuję coś dziwnego, sprzecznego z tamtym uczuciem... Wiem, że to brzmi dziwnie, ale naprawdę tak jest. Wariuję - wyrzuciła z siebie Hermiona i poczuła się lepiej. Ginny milczała.
- Zrobię herbaty - rzekła wreszcie rudowłosa i poszła do kuchni, chwaląc meble.
Dwadzieścia minut później śmiały się nie wiadomo z czego, po co i na co. Po prostu przyjaźń się umocniła jak to po przyjacielskich, szczerych zwierzeniach.
Hermionę obudziło pukanie w szybę. Jak codziennie dostała nowy numer "Proroka Codziennego". Zaspana ruszyła do okna i wpuściła sówkę, która wyciągnęła nóżkę, żeby można było odwiązać rulonik z gazetą. Hermiona wzięła gazetę i runęła na łóżko. Sowa zaczęła pohukiwać. Hermiona wstała niechętnie i wrzuciła sowie do woreczka srebrnego sykla. Sowa wyleciała przez otwarte okno, a Hermiona ledwo dowlokła się do tapczaniku i upadła na niego. Była wykończona. Kiedy wreszcie poszła Ginny (a było to dobrze po północy), Hermiona wzięła papiery, podczas których porządkowania zasnęła. Gdy położyła się spać, było dobrze po czwartej.
Wydawało się, że ledwo zasnęła, gdy znowu usłyszała pukanie w szybę. Wstała, a dopiero wtedy sowa wleciała przez otwarte okno. Była to bardzo piękna sowa jastrzębia, a w dodatku dobrze wychowana, bo od razu stanęła na parapecie i z gracją wyciągnęła nóżkę z liścikiem. Hermiona spojrzała na nią ze zdziwieniem. Nikt z jej znajomych nie posiadał na pewno takiego ptaka, a Ministerstwo Magii posiadało tylko kilka zwykłych sów.
- Na pewno nie pomyliłaś się, sówko? - zapytała Hermiona, tłumiąc ziewnięcie. Sowa pohukała gniewnie, jakby uwaga Hermiony mocno ją oburzyła, więc dziewczyna odwiązała list. Sowa skłoniła lekko główkę i wyleciała przez okno.
Hermiona spojrzała na kopertę. Napisane było na niej ładnymi, gotyckimi literami jej imię i nazwisko, więc Granger'ówna rozerwała kopertę i wyciągnęła list. Rozłożyła go i zachwyciła się niezwykłą papeterią, która, o dziwo, była zupełnie pusta. Przedstawiała ona jakąś łąkę w środku lata, nad którą fruwały ptaki i motyle, a liście drzew poruszały się, jakby je czesał wiatr. Hermiona odkryła ze zdumieniem, że usłyszała nawet szum wiatru i śpiew ptaków. Po chwili na powierzchni łąki pojawiły się słowa:
Hermiono Granger,
Zapraszam Cię na kolację. Dziś, o dwudziestej w restauracji "Złoty Anioł" przy ulicy Pokątnej.
D. Malfoy
PS Jesteś mi coś winna
"Jesteś mi coś winna"! Hermiona prychnęła z pogardą. Mogła od razu domyślić się, że to od niego. Rzuciła list na ziemię i ze zdziwieniem zobaczyła, że słowa zniknęły. Gdy wzięła list z powrotem do ręki, słowa znów się pojawiły. Bardzo podobała jej się papeteria, toteż schowała list do szuflady.
Targały ją sprzeczne uczucia. Iść czy nie iść? Z jednej strony jest naprawdę mu coś winna, ocalił jej życie. Tyle, że ona chyba wolała, by to życie się skończyło. Zawsze uważała samobójców za tchórzów, którzy boją się życia, jednak coraz częściej łapała się na tym, że chciała by zasnąć i nigdy więcej się nie obudzić. Nie miała już nikogo bliskiego oprócz Ginny. Przyjaciele przestali być jej przyjaciółmi. Hermiona spojrzała na zegarek. Była szósta piętnaście.
- Skoro mam iść, to może wypadałoby zrobić się na bóstwo, nie Krzywołapku? - powiedziała Hermiona. Kot miauknął przyjaźnie. Hermiona zaparzyła sobie herbaty i usiadła przed szafą.
Za piętnaście ósma Hermiona znalazła się na Pokątnej, która niczym nie przypominała tej czarodziejskiej ulicy, kiedy była tu po raz pierwszy. Teraz z żalem patrzyła na pozabijane deskami okna i puste wystawy sklepowe. W końcu po pięciu minutach marszu znalazła się przy lokalu Weasley'ów, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem, co nie było łatwe ze względu na jego wielobarwną kolorystykę. Po dziesięciu minutach znalazła się wreszcie przed budynkiem, na którym wisiał szyld z napisem "Złoty Anioł". Weszła do środka.
Natychmiast pobłogosławiła siebie w duchu, że założyła suknię wieczorową (czarną, ustylizowaną lekko na dziewiętnastowieczną) i spięła swoje włosy w kok, puszczając tylko trzy loki luzem. Wnętrze było przytulne. Na ścianach wisiały różne obrazy z aniołami, a pośrodku lokalu była nawet mała fontanna. W lokalu słychać było jakąś muzykę skrzypcową. Przy stolikach siedziało już mnóstwo czarownic i czarodziejów, odzianych wyjątkowo wytwornie.
- Czy mogę wziąć pani płaszcz? - zapytał lokaj ubrany cały na biało.
- Oczywiście - powiedziała Hermiona, szukając wzrokiem Malfoy'a. Znalazła go. Siedział przy w lewym rogu lokalu, tuż przy ścianie, wertując menu. Hermiona ruszyła w jego kierunku. Bez słowa zajęła miejsce na przeciwko blondyna.
- A jednak przyszłaś, Granger - powiedział cynicznie Malfoy i opuścił menu, by spojrzeć na Hermionę. Hermiona przygryzła dolną wargę.
- Zamawiamy coś? - zapytała zamiast powitania.
- Już zamówione. Zupa, drugie danie i deser. Zadowolona?
- Niekoniecznie z towarzystwa - powiedziała Hermiona, a Draco spojrzał na nią dziwnie.
- Jak nie chciałaś, mogłaś nie przychodzić - powiedział spokojnie Draco, przyglądając jej się badawczo.
- Musiałam, żebyś mi nie truł. Jak to nazwałeś "jestem ci coś winna". Nie oczekuj zbyt więcej.
- Zatańczymy? - zapytał Draco niewinnie. Hermiona dopiero teraz spostrzegła parkiet do tańczenia. Na razie był pusty.
- Chyba muszę - odpowiedziała. Malfoy uśmiechnął się drwiąco i wziął ją za rękę.
Czas się dla nich zatrzymał. Hermiona czuła jego dłonie na swojej talii i słodki zapach jego perfum. Patrzyła mu prosto w oczy, w te szare zimne oczy, w których, chyba to złudzenie, dostrzegła jakieś ciepłe ogniki. Tańczyli tak i tańczyli. Nagle Draco zaprowadził ją do stolika i zaczęli jeść. Nie odzywali się do siebie.
- Masz Granger ochotę potańczyć? - zapytał Draco. W jego głosie zabrzmiała drwina.
- Nawet gdybym chciała i tak nie ma gdzie - powiedziała Hermiona kąśliwie. Parkiet istotnie był już zapełniony.
- Myślę, że to koniec naszego wieczoru - powiedziała Hermiona i wstała.
- Odprowadzę cię - powiedział Draco i zawołał kelnera, by zapłacić. Hermiona ruszyła ku wyjściu. Po chwili dogonił ją Draco.
- Miałaś czekać - rzekł.
- Czekałam na zewnątrz - odpowiedziała Hermiona. Draco prychnął. W ręce trzymał dziwną paczuszkę.
- Chcesz się poczęstować? - zapytał. W środku były jakieś dziwaczne małe bułeczki.
- Ty jesteś jeszcze głodny? - zapytała dziewczyna z niedowierzaniem. Ruszyli ulicą. Milczeli. W ciszy słychać było tylko chrupanie bułeczek w ustach Draco. Nagle Draco klęknął przed nią.
- Co ty robisz? - zapytała Hermiona ze strachem. Byli blisko, stanowczo za blisko lokalu Weasley'ów.
- Czy zjesz za mnie? - spytał Draco, wyciągając ku niej nadgryzioną bułeczkę.
- Jesteś niemożliwy - powiedziała Hermiona i wbrew logice, wbrew wszystkiemu, po prostu wybuchnęła śmiechem. Draco wstał, otrzepując spodnie. Rozmowa zeszła na pracę. Hermiona, wyraźnie rozbawiona szła obok Draco, mówiąc coś dziwnego, a echo jej słów ciążyło w powietrzu, w tej zmąconej ciszy. Nie wiedziała, że Ron, słysząc jakiś śmiech wyjrzał przez okno i zobaczył tył jakiegoś blondyna oraz sylwetkę i płaszczyk, którego nie mógł pomylić z nikim innym. Był pewny, że to Hermiona. Ze złością zasunął zasłonkę i usiadł w ciemności...
Doszli do końca Pokątnej. Hermiona pożegnała Draco, machając mu ręką i teleportowała się. Blondyn kopnął pobliski kamień... Tak bardzo chciał wiedzieć, gdzie mieszka Granger i nie nie udało mu się. Nawet nie zdążył jej pocałować. Zrobił z siebie kompletnego idiotę.
- To nie koniec, Granger - powiedział Malfoy i teleportował się do swojego dworku, gdzie w napadzie złości oberwało się skrzatowi domowemu.
Zegar szaleństwem naznacza swój czas,
Półcień wahadła powraca nie raz.
Tańczę z tobą.
Liczę chwile - nieskończony chwil bieg.
Tańczę z tobą, czasu tyle,
Dzień przemija i wiek.
Czasem wskazówka jak miecz skraca dzień,
I bliski ktoś odchodzi w cień.
Mroku spiralę nakręcił los zbyt...
Miłość ocali świt.
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [12]Tytuł: Rozdział XXIX: Bitwa
Dodane: poniedziałek, 14 lipica 2008, o 14:20:29
Kto chce być nadal powiadamiany, niech wpisze się do Księgi. Nie dotyczy to osób, które już się wpisały.
Witajcie!
Jak obiecałam, tak uczyniłam. Wróciłam z nowym rozdziałem. Wróciła wena. Nareszcie. Przeczytałam cały mój blog i śmiałam się z mojej durnoty. Z tego zakładu, z tej głupiej (u mnie) Hermiony, dziwnego Draco i wszystkich zaistniałych sytuacji. Naprawdę żenujące. Przynajmniej dla mnie. Postaram się pisać lepiej. Naprawdę. Jak już wracam to porządnie. Może został ktoś, kto przeczyta tego bloga? Piszę go dla siebie, ale tez dla innych. Bez czytelników będę nikim. To oni są jakby współtwórcami dzieła. Wracam. Z nową weną. Nowym pomysłem. Z nowym pisaniem. Ogólnie cała nowa, uduchowiona ja. Magia Bałtyku? Być może. Bo ja kocham wodę i wiatr, jestem jakby ich cząstką, to one dają największe natchnienie. Po prostu emanują dla mnie siłę, bez której chyba nie umiałabym istnieć. Zupełnie jak moi przyjaciele. Moi kochani, niepowtarzalni. Ci z internetu i Ci, których widuję na co dzień. Kocham ich, są dla mnie podporą. Są kimś, dla których pragnę żyć. I chwała im za to.
Notka jest nawet nawet. Ale stać mnie na więcej, przynajmniej mam taką nadzieję. Naiwność? Może. Ale to jedna z cech ludzkich. A, notka jest długa. Przynajmniej patrząc na moje pisanie.
Dedykacja
Tę notkę dedykuję przede wszystkim Selenie, Frances, Jess i Eleanor. To one wierzyły w mój powrót, pytały się co z notką, słowem - wspierały mnie. I chwałą im za to. Bez nich nie byłoby pisania. Nie byłoby tego rozdziału ani następnych. Niczego by nie było. To samo, co we wstępie notki.
Jesteście dla mnie właśnie tymi cząstkami. Czterema z dziesięciu. Może wam się to wydawać głupie, ale wszystkie cząstki są dla mnie równe. Nie ma tej lepszej.
Nieciekawa kawalerka na obrzeżach Londynu. To był obecny dom Hermiony Granger. Tej Hermiony Granger. Jednego z najlepszych aurorów, z pozoru silnej, ale w środku kruchej jak chińska porcelana. Delikatnej jak listek targany na wietrze. Przeciętnej urodą dziewczyny, a raczej już kobiety, która obecnie nie widziała przed sobą przyszłości.
Hermiona rozejrzała się. Ciemna kuchnia. Dwa krzesła, mały stolik, kuchenka, cztery szafki, zlew, okno wychodzące na brudne podwórko. To wszystko, co się znajdowało w tym maleńkim pomieszczeniu. W dodatku wszystko nie do kompletu. Poszła do salonu. Ściany w kolorze bzu, czerwona, pamiętająca lata 70, kanapa, szafa na ubrania, jakiś obraz na ścianie i stolik z wazonem prababci i kilkoma książkami oraz okienko na zatłoczoną i ciasną uliczkę. Poszła do łazienki. Czarno-białe kafelki, wanna z prysznicem, przeciekający zlew i muszla klozetowa. To wszystko, co zawierało mieszkanie panny Granger. Hermiona uśmiechnęła się przez łzy, a raczej próbowała się uśmiechnąć, bo wyszedł jej dziwny grymas. Nie podobało jej się tu. W dodatku była sama. Zupełnie sama. Jednak było to jedyne miejsce, jakie znalazła. Hermiona wyjęła różdżkę. Jednym jej ruchem naprawiła zlew i wyczarowała czerwoną półeczkę na kosmetyki. Następnie przeszła do salonu i kuchni. Wreszcie, zadowolona z siebie, przystanęła i rozejrzała się po kawalerce. W kuchni zrobiło się żółto, a w salonie zielono. Ucieszona dziewczyna usiadła na kanapie i zaczęła się rozpakowywać. Nienawidziła tej czynności tak samo, jak wszystkie inne kobiety, wykorzystywane przez mężczyzn.
- Do diabła z chłopakami, same przez nich problemy - powiedziała Hermiona do Krzywołapa i zapłakała. A nad czym płakała? Nad nieudanym narzeczeństwem, nad beznadziejną miłością, którą była ogarnięta do głębi.
- Krzywołapku, dlaczego życie jest tak skomplikowane? - zapytała dziewczyna i spojrzała na zegarek. Była ósma za pięć. Wstała, jak oparzona. Umyła zęby i założyła pierwszą lepszą szatę (czerwoną w biełe groszki) i czerwone buty. Uczesała się i ponownie spojrzała na zegarek. Było dwie po ósmej. Dziewczyna odruchowo sięgnęła na prawo po proszek Fiuu, którego oczywiście nie było.
- Przecież nie mam kominka! - krzyknęła zdziwiona, że wcześniej nie zwróciła na to uwagi. Wyjęła różdżkę i obróciła się myśląc o celu: Ministerstwo Magii.
Weszła do swojego gabinetu w tempie błyskawicznym. Wszystko było tak, jak zostawiła. I gabinet był pusty. Odetchnęła z ulgą i usiadła w swoim fotelu i zaczęła segregować papiery. Musi być silna. Musi. I nic ją nie powstrzyma. Usłyszała, jak ktoś otwiera drzwi.
- Dzień Dobry! - powiedziała bardziej odruchowo, niż z grzeczności.
Do gabinetu wszedł Malfoy. Do nozdrzy Hermiony od razu doszedł zapach jego wody kolońskiej, której walił na siebie bez opamiętania.
- Co to za spóźnienie? - zapytałam Hermiona, nadal nie odrywając rąk od papierów.
- Każdemu czasem coś wypadnie - powiedział Draco i usiadł przy swoim biurku.
- Za karę masz TO uporządkować - powiedziała Hermiona, kładąc mu stos papierów na biurku.
- Tyle? To mi zajmie przecież cały dzień... - powiedział Draco.
- I oto chodzi - powiedziała cicho Hermiona.
- Że jak? Granger, masz mnie uczyć...
- I właśnie cię uczę Malfoy. Praca aurora też nosi na sobie piętno papierkowej roboty. No już, bierz się do pracy.
Blondyn spojrzał na nią ze zdziwieniem. Promieniała z niej jakaś niesamowita energia, ale nie można jej było nazwać radością. Hermiona była szczęśliwa z jednego powodu - nie rani dłużej siebie, ani Rona. Wiedziała, że w tym ostatnim kłamie, bo rani go bardziej, ale przynajmniej nie oszukuje samej siebie. I właśnie dlatego emanowała z niej energia. Nie była to radość, szczęście w dosłownym rozumieniu. Raczej wyniosłość, że pokonała samą siebie, a to największy powód do dumy.
Draco męczył się z papierami i patrzył z prawdziwą zazdrością, jak dobrze i wprawnie idzie to Hermionie. Zezłoszczony, rzucił długopis.
- Co to ma być? - skarciła go Hermiona.
- Robię sobie przerwę - powiedział Draco.
- Na akcji też zrobiłbyś sobie przerwę? - powiedziała, zbliżając się do niego.
- To nie akcja. To "piętno papierkowej roboty" - powiedział Malfoy, przedrzeźniając Hermionę.
- Widzę, że już wiem, kto mi zrobi kawę. Ja tu jestem szefową Malfoy. Nie ty. Odnoś się do mnie z szacunkiem...
- Uważaj, co mówisz, Granger. Zawsze będziesz tylko brudną szlamą, a ja arysto... - nie dokończył, bo Hermiona uderzyła go w twarz.
- Bogatszy nie znaczy lepszy - wycedziła Hermiona, a w jej orzechowych oczach zaiskrzyła pogarda. Dla bogatego, nie biednego...
- Uważaj, co robisz Granger - powiedział Draco, łapiąc ją za nadgarstki.
- No co mi zrobisz? Pocałujesz mnie? A może uderzysz? No dalej śmiało - powiedziała Hermiona. Nie, nie podda się. Nie teraz, kiedy zaszła tak daleko...
Toczyła bitwę sama ze sobą. Ze swoimi myślami. Ze swoimi nerwami. I na razie tryumfowała.
Hermiona spojrzała na Draco. Jego oczy były puste, jak zwykle. Twarz była bez wyrazu. Hermiona patrzyła n a niego, a on na nią. Prosto w oczy. Trwali tak bez ruchu już godzinę. W końcu Hermiona odwróciła wzrok. Znów przegrała.
- Puść mnie Malfoy, to rozkaz - powiedziała. Chociaż przegrała bitwę, miała jeszcze swój honor. I nadal będzie walczyła. Do upadłego, aż do końca.
- Jak rozkaz to rozkaz. Ale ja ich nie spełniam - powiedział blondyn. Hermiona spojrzała na niego wyzywająco.
- Puszczaj.
- Marzenie twoje niespełnione.
- Jestem twoją szefową.
- A ja jestem Malfoy. I co z tego?
- Poskarżę się Fosterowi.
- No tak, skarżypyta- Granger. Coś zostało ze szkoły, prawda? - powiedział Draco z drwiną.
- Pan Najlepszy. Puszczaj, bo jak nie... - nie dokończyła, bo Draco sam ją puścił. Upadła na podłogę.
- Co ty u diabła wyprawiasz? - zapytała.
Drzwi gabinetu otworzyły się nagle. Hermiona szybko wstała z podłogi na widok rozwścieczonego Fostera.
- Granger, Malfoy, zbierajcie się. Śmierciożercy zaatakowali mugoli. Granger, idź po Weasleya i Pottera. Malfoy, po Flooda i Dawlisha. Migiem! Natychmiast! - krzyknął Foster i zniknął z gabinetu.
Draco wybiegł z gabinetu, a Hermiona za nim. Ma zawiadomić Rona, to niemożliwe... Draco skręcił w prawo, a Hermiona w lewo. Zapukała do gabinetu z napisem "Potter i Crow". Usłyszała niewyraźne "Proszę".
- Harry, Natalie zbierajcie się. Śmierciożercy atakują gdzieś mugoli. Zawiadomcie Rona i Kate. Ja idę dalej - powiedziała Hermiona. Przyjaciel spojrzał na nią chłodno.
- Dobrze Hermiono - powiedziała Natalie i udała się w stronę gabinetu Rona Weasleya i Kate Donewall.
Między Hermioną, a Harrym zapadła niezręczna cisza. Hermiona wyszła z gabinetu, mówiąc "Powodzenia na akcji". Nie słyszała odpowiedzi, której zresztą nie było.
Hermiona nic nie widziała, a zaklęcia szastały we wszystkie strony. Słyszała płacz dzieci i matek, potykała się o nieruchome ciała. otaczał ją gęsty dym. Nagle o cal minął ją zielony promień. Machinalnie odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z Yaxleyem.
- Co taka ślicznotka robi tu sama? - usłyszała złowieszczy głos.
- Zgadnij śmieciu - powiedziała Hermiona z pogardą.
- Jak się stawia... Ty to chyba panna Granger, nieprawdaż?
- ...
- Co nie odpowiadasz? Wstydzisz się swojego szlamowatego nazwiska? Nawet nie wiesz jak cudownie piszczała twoja matka, jak ją torturowałem...
- Zamknij się! - powiedziała Hermiona. Obok śmierciożercy przeleciał fioletowy promień.
- O, bronimy się? Co, wstydzisz się swojej matki? Rodziny się nie wybiera, to prawda, ale może jesteś czegoś warta...
Nim Hermiona spostrzegła, zaczęły oplatać ją jakieś więzy.
- Pomo... - nie zdążyła wypowiedzieć, bo Yaxley zakneblował jej usta jakimś zaklęciem.
Yaxley zaśmiał się i zaczął ją ciągnąć na niewidzialnym sznurze. Hermiona straciła nadzieję na ratunek, bo coraz bardziej oddalali się od pozostałych. A walka trwała...
Nagle Yaxley padł sztywno na ziemię. Nad Hermioną ukazała się twarz Malfoya.
- Wygodnie Granger? - zapytał z ironią i jednym ruchem różdżki rozwiązał ją.
- Będziesz tak leżała, czy może pomożesz pozostałym? - zapytał. Hermiona wstała jak poparzona. Draco uśmiechnął się lekko. Hermiona nie odwzajemniła uśmiechu. Poszła pomóc innym wśród dymu, płaczu i tysiąca łez...
Zamarznięte, skamieniałe łzy.
Przemienione w modlitewny sznur.
Wyśpiewane przez żałobny chór.
Z ufnością.
Wbrew przemocy, co z nadziei drwi...
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [13]Tytuł: Zawieszam
Dodane: niedziela, 11 maja 2008, o 12:58:18
Nie myślałam, że kiedyś to nastąpi, ale zawieszam bloga. Brak mi weny. Ostatnia notka była w marcu. Mam pomysły, ale nie umiem ich opisać.
Ale obiecuję Wam jedno: ja wrócę. Naprawdę. Dokończę ten blog, choćby nie wiem co. Wrócę z nowym rozdziałem, który (mam nadzieję) was zadowoli.
Musicie być cierpliwi. Minęło sporo czasu, jednak myślę, że zostało mi chociaż czterech czy nawet troje czytelników.
Szczególnie dziękuję Selenie, Małej Mi, Frances i Jess, którym wyraźnie zależy na czytaniu tego opowiadania i starają się mnie zmobilizować...
Bądźcie cierpliwi. Ja wrócę.
Cudownie jest człowiekiem być,
Na dobrej ziemi, gdzie przyszło nam żyć.
To może być niezwykły kraj,
Piekło daleko, a blisko jest raj, raj.
Raj!
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [17]Tytuł: Rozdział XXVIII: Decyzja
Dodane: wtorek, 25 marca 2008, o 19:08:51
Kto chce być nadal powiadamiany, niech wpisze się do Księgi. Nie dotyczy to osób, które już się wpisały.
Witajcie!
Jakoś dawno nie pisałam. Powód: bark czasu i, niestety, weny twórczej. Nie zawieszam bloga. Coś tam naskrobałam. Moje pierwsze wypociny w wieku piętnastu lat, możecie się cieszyć. Czuję się... stara. Od czwartku. Lata mijają. Za trzy lata dorosłość, a ja jestem jak dziecko we mgle...
Przepraszam, że wcześniej nie złożyłam życzeń świątecznych, ale mam nadzieję, że Wielkanoc była udana i wszystkie wasze marzenia się spełnią.
Dzisiejsza notka jest... badziewna. Jednak ją dodaję. Za duża przerwa była.
Dedykacja
Dzisiejszą notkę dedykuję osobom z internetu, które są wspaniałe. Nazwisk wymieniać nie będę, bo te osoby wiedzą. Wyczują, że ta dedykacja właśnie dla nich. Wiedzą, że mnie wspierają w życiu realnym, ale nie tylko. Są także moimi przyjaciółmi, choć większości nigdy nie spotkam. Nie znaczy to, że moimi przyjaciele, widoczni prawie że codziennie, idą na drugi plan. Nie, po prostu... więcej osób mnie lubi. Dziękuję tym osobom za wsparcie i w ogóle za wszystko, co dla mnie robią. Wiem, że słowa to nic znaczącego. Jednak jest coś w moim sercu...
Dziękuję...
W tym roku styczeń był jakiś szary i bury. Żadnego śniegu, tylko wciąż deszcz i deszcz. W nocy marzł, tworząc ślizgawki, ale około południa była tylko ciapa. Hermiona patrzyła na ten świat i zastanawiała się, dlaczego odzwierciedla jej nastrój. Przecież ona też czuje się taka zagubiona, niepotrzebna... Jak tchórz. Nie mogła patrzeć na Malfoya, ale była zbyt honorowa, by prosić o innego ucznia. Zresztą, było już za późno. Ale to tylko do czerwca...
Usłyszała trzask drzwi na dole, co oznaczało, że pewnie wrócił Ron.
Dobry, kochany Ron, lecz co ona do niego czuła? Był taki ciepły i przyjazny, oddany i wierny, szalony, ale jednocześnie tak czuły, że brak słów. Kochała go, ale na widok Malfoya odbierało jej rozum. Nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Nie teraz. Zresztą, czemu do cholery, tak reagowała na tego debila bez uczuć? To nie było współczucie, nie. To było coś innego. Ale jak, u licha, może być zakochana prawdziwą miłością w dwóch mężczyznach?
Usłyszała kroki na schodach i do sypialni wszedł Ron, uśmiechając się promiennie, z dwudniowym zarostem, którego, rzecz jasna, nie ogolił z lenistwa.
- Ron, ja wychodzę - powiedziała, choć wcale tego nie planowała. Weasley spojrzał na nią.
- Nie ma sprawy - rzekł. Hermiona ucałowała go w policzek i wyszła na dół.
Ron patrzył jak bierze swój płaszcz i idzie bez parasolki w ciemny deszcz. Zastanawiał się, co za problemy ma jego ukochana...
Hermiona wróciła grubo po pierwszej ociekając wodą i płacząc rzewnie. Dom był pusty. Na stole leżała tylko karteczka, że Ron musiał pójść do pracy na noc. Hermiona zrobiła sobie ciepłej herbaty i ruszyła do sypialni. Jednak na łóżku ktoś siedział, plecami do drzwi. Hermiona instynktownie wyjęła różdżkę. Już miała wypowiedzieć zaklęcie, gdy coś ją powstrzymało. Coś znajomego było w tym zapachu i plechach.
- Opuść różdżkę Granger. To tylko ja - powiedział Malfoy wstając z łóżka i stając z nią w twarzą w twarz. Hermiona rozdziawiła usta, lecz natychmiast je zamknęła i ściągnęła brwi.
- Co robisz w moim domu? - spytała. Był od niej wyższy o głowę.
- Czekam na ciebie. Nie zrobisz nam herbaty? Chyba na coś droższego cię nie stać...
Hermiona prychnęła i zeszła na dół. Po chwili wróciła z butelką drogiego wina.
- No patrz, już nawet patałachy jak ty i Weasley mają Maestrola... Coś nieprawdopodobnego.
Hermiona nie odezwała się tylko sączyła swoje wino. Nie mogła uwierzyć, że dała się sprowokować i częstuje winem właśnie jego we własnym domu i to jeszcze pod nieobecność Rona. Chciała już ogłosić sprzeciw, ale nie mogła, nie potrafiła. Była za słaba.
- Ale u ciebie... skromnie.
- Czego chcesz Malfoy? Mów w tej chwili, a następnie się wynoś - powiedziała Hermiona, dziwiąc się własną gwałtownością.
- Odpowiedź jest prosta: ciebie - Hermiona poczuła, że rumienią jej się policzki.
- Przykro mi, ale tego nie dostaniesz - rzekła Hermiona. Teraz z jej oczu buchały iskry.
- Założysz się? - zapytał. Chwycił ją za nadgarstki, kieliszek wymsknął się z ręki Hermiony, i potłukł się.
- Co ty robisz? - zapytała z obrzydzeniem - Puszczaj mnie!
- Ani myślę. Jesteśmy sami, nikt nam nie przeszkodzi... - powiedział Draco i pocałował Hermionę, kładąc ją na łóżku.
Hermiona poczuła miłość i nienawiść. Miała dosyć, jednak mu uległa, nie wiedziała czemu. Malfoy widział wyrzut w jej oczach, co go bardzo bawiło. Dla zabawy rozpiął dwa guziki szaty.
- Zostaw mnie chamie! - powiedziała Hermiona roniąc łzy. Gdy Malfoy puścił jej nadgarstki, sięgnęła po różdżkę. Rzuciła zaklęcie, dzięki któremu Malfoy upadł na ścianę.
- Wynoś się z mojego domu! - krzyknęła, celując w jego różdżką. Ślizgon uśmiechnął się ironicznie.
- Nie odważysz się nic mi zrobić. Jesteś za słaba...
Hermionie drżał głos. Nie wiedziała ile tak stała z wyciągniętą różdżką, ani ile patrzyła na ten ironiczny uśmiech. Opuściła różdżkę. Malfoy momentalnie wstał i przyłożył jej różdżkę do gardła.
- Jeszcze się policzymy - powiedział, po czym wyszedł.
Hermiona odetchnęła głęboko i zaczęła płakać. Nagle coś postanowiła.
Uklękła i włożyła rękę pod łóżko. Zahaczyła o jakiś pakunek. Wyjęła go. Na powierzchni mieniącego się papieru był napis "Dla kochanej Hermiony od Rona". Zaintrygowana dziewczyna rozerwała papier i na jej ręce wypadł pierścionek. Teraz już wiedziała, co Ron dał jej na gwiazdkę...
Drugi raz sięgnęła pod łóżko i chwyciła rączkę walizki. Gdy zaczęło świtać, Hermiona pakowała już ostatnie rzeczy. Podjęła decyzję. Nie będzie dłużej oszukiwać siebie i Rona...
Ron przyszedł po ósmej. Zastał Hermionę w sypialni, z walizkami.
- Co się dzieje? - zapytał zdezorientowany chłopak.
- Ron, uświadomiłam coś sobie - szepnęła dziewczyna - Wybacz mi - powiedziała wciskając mu pierścionek w rękę - Wybacz. Kocham cię, ale jak przyjaciela. Nic więcej - powiedziała. Ron nic nie mówił. Patrzył na pierścionek w swojej dłoni.
- Rozumiem - rzekł i przycisnął pierścionek do serca.
- Idę Ron - powiedziała. Wzięła walizkę i wyszła z nią na ulicę. Ron opadł na łóżko, nie wiedząc co myśleć.
A Hermiona szła przed siebie, płacząc rzewnie...
Masz prawo milczeć!
A przeciwko Tobie może być użyte każde dobre słowo!
Masz prawo milczeć!
A przeciwko Tobie może być użyty każdy czuły gest!
Masz prawo milczeć!
Przyznaj się sam sobie - prawdy nieodkryte ciążą wyjątkowo!
Masz prawo milczeć!
Spójrz na szale obie, tu są śmieszne mity, a tam, tam miłość jest!
tak, tak tam miłość jest...
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [30]Tytuł: Rozdział XXVII: Prezent
Dodane: niedziela, 2 marca 2008, o 14:34:32
Kto chce być nadal powiadamiany, niech wpisze się do Księgi. Nie dotyczy to osób, które już się wpisały.
Witajcie!
Dawno nie było notki, wiem. Miałam kryzys twórczy i pewien strajk. Poza tym nie mam tak dużo wolnego czasu. Mam przekichany okres klasówek i kartkówek, poprawy, aż żal wspominać.
Nie zawieszam jednak, nie musicie się o to martwić. Przestanę dodawać notki, kiedy ta historia się skończy. Ale będzie inna. Nie martwcie się.
Już mamy marzec. Jak ten czas szybko leci. Już niedługo wakacje, a fakt ten napełnia mnie ogromną radością. Po prostu - powracam do życia. żal mi, że wy tak rzadko dodajecie notki, bo kocham czytać wasze opowiadania. Proszę, piszcie notki. Word do tego nie potrzebny. Ja nic nigdy nie piszę w Wordzie bo tego nienawidzę.
Notka jest bezsensowna i banalna, aczkolwiek konieczna.
Dedykacja
Notkę dedykuję wszystkim osobom, dla których znaczę cokolwiek. Bez nich moje życie nie miałoby sensu, a takich osób jest niewiele, jednakże oni muszą wiedzieć, jak jestem im wdzięczna. Jest to Agata, Nadia, Weronika, Kinga, Dorota, Ania i Mikołaj. Oni w rzeczywistości mnie lubią. O innych osobach nie wiem, jednak te osoby wystarczają mi. Nie lubię być gwiazdką.
Podziękowania należą się również Selenie, Frances, Moniczy i Jess. Nie znamy się w realu, a jednak wspieracie mnie swoimi cudnymi komentarzami, e-mailami i rozmowami na gg.
Dziękuję Wam...
Ciemność za oknem była taka sama, również jak jej szloch. Wiał wiatr i padał śnieg. Nic się nie zmieniło, oprócz uczuć Hermiony. Czuła się strasznym tchórzem. Zawróciła przed domem Malfoya, choć tak zbierała siły. Jednak widok żelaznej bramy zmienił jej nogi w watę. Chciała przestać istnieć. A dom był taki pusty...
- Ron, kocham Cię - wyszeptała, lecz poczuła nóż na sercu i przypomniał jej się wyraz twarzy Malfoya, kiedy powiedział jej prosto w twarz... co? Chyba prawdę.
- Głupi Malfoy - Hermiona chwyciła najbardziej cenną rzecz w ich domu - wazon jej prababci i cisnęła nim o ścianę. Rozległ się trzask, a po wazonie zostało kilkaset kryształowych okruszków.
- Na Merlina, co ja zrobiłam!
R-Reparo - wazon poskładał się z powrotem w całość. Hermiona odetchnęła z ulgą. Nie pojmowała co się z nią dzieje. Miała wrażenie, że nie jest sobą, że ktoś ją opętał. Odstawiła pieszczołowicie wazon na półkę i ruszyła na górę do swojej sypialni. Spojrzała na zegarek - wskazywał północ, a Rona jeszcze nie było. Hermiona zaczęła się o niego bać, jednak wiedziała, że jest na kolacji u Kate. Nie czekała jednak na niego długo. Wkrótce rozległ się trzask, a chwilę później do salonu wpadł zziajany Ron.
- Gdzie ty byłeś, na Merlina?! - zapytała Hermiona - Przecież jest już po dwunastej!
- Nie gniewaj się Hermiono. Podczas kolacji przyszło zawiadomienie. Śmierciożercy na przedmieściach Londynu. Wysłali mi sowę, więc ruszyłem. Ciebie tam nie zastałem, czemu?
- Źle się czułam, musiałam wcześniej wyjść - rzekła dziewczyna słabo.
- Śmierciożerców było z pięć razy więcej niż nas, a oprócz tego grasowali dementorzy. Otoczyli mnie, jednak Harry wyczarował patronusa i rozpłynęli się. Wszędzie było ciemno, mówię Ci masakra...
- Ilu zabitych? - zapytała przestraszona Hermiona.
- Z dwudziestu mugoli, pięciu Śmierciożerców i dwóch naszych ludzi - Hermionie coś podskoczyło do gardła.
- Kto nie.. nie żyje?
- Śmierciożerców nie znam, ale z naszych to Marks i Rekenesen.
- Nie kojarzę tego Rekenesena, ale Marks to ten, który ostatnio miał tą potyczkę z trollem?
- Ten sam. Trafiła go Avada Rudolfusa Lestrange.
Hermiona zamilkła. Pamiętała tego Marksa. Na kursie często częstował ją jabłkami lub prosił o radę. Raz nawet była z nim na lunchu.
- Połóż się, musiałeś wiele przejść - rzekła słabo Granger. Wzięła koszulę nocną i ręcznik, po czym ruszyła do łazienki.
Ron leżał i słuchał szumu wody. Tak bardzo kochał Hermionę...
Pewien blondyn stał oparty o stary, czarny, bogato zdobiony w srebro, parapet i patrzył na śnieg. Zastanawiał się nad sobą. Czuł się dziwnie, a to na pewno nie było dobrą oznaką. Draco Malfoy nie ma prawa być zbity z tropu. Hermiona Granger go kocha, a on to wiedział i wykorzystywał by ją dręczyć. Co do swoich uczuć był pewny - to tylko plugawa szlama, którą chce poniżyć i zrobi wszystko, by ją męczyć. Widział wyraz jej oczu. Czasami zastanawiał się, czemu patrzy na niego z miłością, nienawiścią i czystym szaleństwem naraz. Jak to możliwe? Widział sylwetkę Granger stojącą przed bramą i to, jak zawróciła. Jak zwykle udowodniła, że jest nikim.
Draco spojrzał na śnieg za oknem. Zaśmiał się cicho na widok papieru świadczącego o jego majątku. Wiedział, dokąd zmierza i po co mu szlama Granger...
Hermionę nagle się przebudziła. Nie była pewna, czy ten wrzask jej się śnił, czy był realny. Zaraz potem jednak była pewna, że był prawdziwy.
- Prezenty! - krzyczał Ron, rzucając w Hermionę jej prezentami. Hermiona uśmiechnęła się na widok Rona. Wyglądał jak małe dziecko.
Zachęcona jego okrzykami, dziewczyna zaczęła rozpakowywać prezenty.
W pierwszym pudełku był komplet książek, z życzeniami od Ginny. W drugim pudełku były perfumy od Harry'ego. W pękatym pakunku było pełno domowych wypieków Pani Weasley, ale to ostatni pakunek najbardziej przyciągnął jej uwagę. Otworzyła pudełko, a jej oczy ujrzały kolię. Spojrzała z uśmiechem na Rona i włożyła pudełko do szuflady.
- Podoba Ci się prezent? - zapytał Ron.
- Bardzo. Naprawdę nie musiałeś, przecież był na pewno bardzo drogi...
- Naprawdę drobiazg - powiedział Ron i pocałował Hermionę.
Było już po ósmej. Hermiona spojrzała z zazdrością na Rona, który chrapał sobie w najlepsze. Dostał tygodniowy urlop od Ministerstwa za niezwykłą pomoc w walce z Śmierciożercami na przedmieściach Londynu. On sobie spał, a ona musiała się męczyć z Malfoy'em.
Zeszła na dół i wrzuciła garść proszku Fiuu do kominka.
Dziesięć minut później siedziała już w swoim gabinecie w fotelu, starając się nie patrzeć na dodatkowy stolik w jej gabinecie. Cieszyła się chwilami bez Malfoya.
Rozległo się pukanie i w chwilę później do gabinetu wpadł Draco Malfoy.
- Witaj Hermiono.
- Zamknij drzwi, Malfoy - powiedziała Hermiona, udając, że coś pisze na papierze.
- Co jesteś taka drażliwa? - zapytał, opierając się o jej biurko.
- Zasłaniasz mi światło.
- Skoro rozmawiamy chcę się Ciebie coś spytać. Czemu wtedy, przed świętami bodajże, nie weszłaś do domu, tylko stanęłaś i zawróciłaś?
Hermiona spojrzała na niego. W jego oczach zobaczyła tryumf.
- Byłam na spacerze i zabłądziłam. Jeszcze jakieś pytania?
- Tak. Jak podobała się kolia?
Hermionę zatkało.
- Skąd wiesz, że dostałam kolię od Rona? - zapytała.
- Tą kolię dostałaś ode mnie - rzekł Malfoy, obserwując ją z satysfakcją.
- Nie wierzę Ci. I proszę, przestań mnie śledzić - powiedziała oschle Hermiona. Skoro prezent był od Malfoya, to co dał jej Ron?
- Granger, ja mówię prawdę. Weasley jest za durny, żeby... - nie dane było mu dokończyć. Hermiona wstała i uderzyła Malfoya w policzek.
- Jesteśmy w pracy Malfoy. Jeśli coś, to możemy o swoich sprawach prywatnych porozmawiać po pracy.
- Jak sobie życzysz, Hermiono. Dziś o dwudziestej w tej nowej restauracji przy Pokątnej? - zapytał Malfoy, masując się po policzku.
- Nigdy z tobą się nie spotkam.
- To jak mamy pogadać o naszych sprawach prywatnych? - zapytał Malfoy, chwytając ją za nadgarstki i całując.
- Zostaw mnie.
Nagle wleciał samolocik, który wyzwolił Hermionę. Malfoy niechętnie ją puścił.
- Przykro mi Malfoy, Foster mnie wzywa - powiedziała Hermiona i wyszła z gabinetu.
Miała dość klęsk, dość przegranych. Dość ranienia cudzych uczuć.
Poszła do Fostera, który zrobił jej wykład za to, że nie była podczas akcji na przedmieściach Londynu.
Po tej reperymendzie wyszła i udała się do łazienki, gdzie popłakała sobie trochę i wróciła do gabinetu, gdzie traktowała Malfoya jak powietrze.
Nie pytaj świata dokąd zmierza,
Bo nie daj Boże prawdę powie,
Miast pytać paciorków pacierzy,
Ułóż modlitwę za jej zdrowie...
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [37]Tytuł: Rozdział XXVI: Prawda
Dodane: niedziela, 10 lutego 2008, o 12:37:23
Kto chce być nadal powiadamiany, niech wpisze się do Księgi. Nie dotyczy to osób, które już się wpisały.
Witam was kochani!
Tak sobie ostatnio spojrzałam na mojego bloga i doszłam do wniosku, że mam naprawdę sporo czytelników, wspaniałych ludzi, którzy czynią mi zaszczyt, czytając moje marne wypociny. Z niektórymi z tych osób zżyłam się w sposób szczególny. Zyskałam przyjaciół na odległość.
Jak życie może się zmienić! Dwa lata temu nie miałam żadnej przyjaciółki. Przepraszam, miałam - Agatę, ale kontaktowałam się z nią tylko listownie. Teraz mam naprawdę dużo przyjaciół. Nie tylko tych z internetu, ale również z życia. Oni podnoszą człowieka na duchu i dają wsparcie.
Dobra, kończmy ten bezsensowny wywód. Jakoś za dużo piszę, ale przykro mi, gadułą jestem.
Dziękuję Wam za wszystkie szczere komentarze, które wyzwalają we mnie jakąś siłę.
Dzisiejsza notka nie jest super, jednakże w miarę podoba mi się jeden dialog.
Dedykacja
Tę notkę dedykuję moim przyjaciołom z internetu, z wyszczególnieniem Moniczura, Jess, Seleny i Frances, ponieważ inni to jednak tacy... dobrzy koledzy i dobre koleżanki. Dziękuję za to, że czytacie, pomagacie mi. To dla mnie tak wiele znaczy. Czuję, że mam dla kogo żyć, z kim rozmawiać, dzielić się uczuciami i poglądami, nie bojąc się salwy śmiechu. Dziękuję to za mało, jednak pamiętajcie, że ofiarowuję Wam rzecz najważniejszą - moje serce.
Dziękuję...
Grudniowy poranek jakich wiele, jednakże dla jednej osoby był on niezwykły. Hermiona Granger leżała w łóżku i z uśmiechem spoglądała na chrapiącego przy niej Rona. To już dzisiaj. Ostatni dzień, a przed święta, jeżeli nie będzie jakiś ważnych akcji, ma wolne. Z dala od Malfoya i Fostera, których miała już naprawdę dosyć. Foster cały czas się jej czepiał, nie wiadomo o co. To jej sprawa, jak odnosi się do Malfoya. Hermiona zmarszczyła brwi. Próbowała sobie przypomnieć jakąkolwiek chwilę, w której szef Aurorów zwróciłby uwagę Draco Malfoyowi. Jednak taka sytuacja nie zaistniała. Hermiona usłyszała jakiś dziwny dźwięk i podskoczyła na łóżku. "Stała czujność!". Tą zasadę wbił w nią Moody, a ona się z nią zgadzała. Szczególnie teraz, po kilku latach pracy w Ministerstwie. Wzięła różdżkę i wstała, rozglądając się uważnie po sypialni. Dźwięk powtórzył się. Hermiona zaśmiała się. To, co ją tak bardzo wystraszyło, było tylko chrapaniem jej narzeczonego. Spojrzała na zegarek - była siódma. Westchnęła. Poczuła, że jednak ten dzień nie będzie taki wspaniały, jak sobie wymarzyła. W końcu Malfoy będzie ją męczył, ile wlezie.
- Wstawaj Ron! Pora na śniadanie.
- Daj mi pospać, Hermiono - powiedział Ron, odwracając się do niej plecami. Hermiona szturchnęła go. Nawet nie drgnął.
- Ronaldzie Weasley! Masz natychmiast wstać! Dziś ty robisz śniadanie. - Chłopak nadal leżał jak słup soli. Hermiona machnęła od niechcenia różdżką. Rozległ się huk i Ron leżał na podłodze.
- Nie mogłaś zrobić tego delikatniej? - zapytał, wstając z podłogi.
- Nie, ponieważ ty mi nie dałeś. Idź zrobić śniadanie.
Ron zszedł na dół, mamrocąc coś pod nosem. Hermiona zaczęła się szykować do pracy.
Pięć minut później szła na śniadanie. Na schodach wyczuła jakiś niepokojący zapach i pędem pobiegła do kuchni.
- Dobrze, że już jesteś. Śniadanie gotowe! - powiedział Ron, uśmiechając się i wskazując ręką na czarne tosty.
-
To ty nazywasz śniadaniem? Tego nawet mysz nie tknie!
- Kazałaś zrobić śniadanie, a teraz nie marudź - powiedział Ron i wyciągnął rękę po tosta. Jednak już nie było go na talerzu.
- Wiesz, ile się nad tym męczyłem? - zapytał rudzielec z wyrzutem.
- Wyobrażam sobie - mruknęła Hermiona. Trzy minuty później położyła przed Ronem parujące naleśniki.
- Nawet śniadania nie potrafisz zrobić - mruknęła pod nosem. Ron, zajęty pałaszowaniem naleśników, nie usłyszał tego.
Dwadzieścia minut później Hermiona znalazła się w atrium. Pożegnała się z Ronem i ruszyła do swojego gabinetu. Malfoya jeszcze nie było. Dziewczyna zajęła się sortowaniem papierów. Po chwili do pomieszczenia wszedł Malfoy.
- Dzień Dobry Hermiono.
- Dzień Dobry Malfoy - mruknęła Hermiona, nie odrywając wzroku od papierów leżących na biurku.
- A może by tak uprzejmiej? - zapytał ironicznie chłopak.
- Mówię uprzejmie Malfoy - rzekła Hermiona. Blondyn spojrzał na nią z rozbawieniem.
Hermiona miała już go dosyć, aczkolwiek jednocześnie nie chciała stąd wyjść. Jedna jej część chciała zadać mu ból, ujawnić swą nienawiść, a druga chciała go zachować zawsze przy sobie, pocałować go. Hermiona miała dość siebie, chciała naprawdę stać się kimś innym, jednak doskonale wiedziała, że nie może.
Ćwiczyli zaklęcia. W ciągu czterech godzin Draco pokonał ją dwa razy więcej niż ona jego. Czuła się tak, że sama nie umiała tego wytłumaczyć.
- Robisz postępy, Malfoy - skwitowała to Hermiona. Chciała się zemścić - Masz tu papiery. Zanieś je do Goldgore'a.
- Chyba śnisz. Jestem twoim uczniem, a nie sługą.
- Jesteś moim pomocnikiem, więc masz mi pomóc. Zanieś to, bo powinien to mieć już wczoraj.
Malfoy uśmiechnął się ironicznie i wziął papiery. Granger tak świetnie wygląda, gdy się denerwuje.
- Nie bój się, ja niedługo wrócę - powiedział. Z satysfakcją zauważył, że Hermiona wygląda, jakby ktoś ją walnął w twarz. Wyszedł i zamknął drzwi.
Dziewczyna odetchnęła głęboko z bezsilnej złości. Chciała go upokorzyć, a tymczasem on upokorzył ją. Usłyszała pukanie.
- Proszę - powiedziała od niechcenia. Jakoś nie chciało jej się wierzyć, że Malfoy tak szybko wrócił, chociaż wszystko jest możliwe. Do gabinetu wszedł jednak Ron.
- Cześć Hermiono.
- Cześć Ron - powiedziała Hemiona i uśmiechnęła się do Weasley'a. Właśnie jego potrzebowała. Wstała i przytuliła się do niego.
- Hermiono, mam do ciebie pytanie... Kate zaprosiła mnie na kolację świąteczną. Może poszłabyś ze mną?
- Nie wiem Ron... Nie mam ochoty na zabawę. Marzę o kominku i dobrej książce...
- Jak chcesz - rzekł Ron.
Hermiona usłyszała kroki na korytarzu. To jej podsunęło pewien pomysł. Teraz, albo nigdy. Zbliżyła się do Rona i pocałowała go. Do gabinetu wszedł Malfoy. Hermiona oderwała się od Rona.
- To do zobaczenia wieczorem - powiedział Ron, nie zaszczycając blondyna nawet spojrzeniem.
- Hermiono, jak tak można w pracy? - zapytał Draco. Jego oczy były puste. Hermiona chciała się dostrzec w nich jakiś błysk, chociażby złości, jednak nic tam nie było. Poczuła dreszcz.
- To nie twoja sprawa - burknęła i odwróciła się do niego plecami. Poczuła jego dłonie na swojej tali.
- Bierz te ręce, Malfoy - powiedziała. Blondyn odwrócił ją i chwycił mocno za nadgarstki.
- Puszczaj natychmiast - rzekła ze złością. Blondyn zbliżył się do niej i pocałował ją. Hermiona próbowała się wyrwać, ale nie mogła. W końcu blondyn ją puścił.
- Chcę, żeby coś było jasne, panie Malfoy. Jestem narzeczoną Rona...
- ...którego nie kochasz - wpadł jej w słowo Draco. Hermiona zamilkła. Nie wiedziała, co powiedzieć. Sparaliżował ją.
- Granger, aż tak prawda boli? - zapytał Malfoy.
- Nie, Draco. Kocham Rona i w czerwcu zostanę jego żoną. Daj sobie spokój, nic nie wskurasz. - wycedziła.
- Przestań kłamać Hermiono. Widzę to w twoich oczach. - patrzył na nią intensywnie. Stała i patrzyła na niego wzrokiem pełnym, ale sam nie wiedział czego. Miłości? Nienawiści? A może czystego szaleństwa.
- Wychodzę. Przekaż Fosterowi, że źle się poczułam - powiedziała Hermiona. Chwyciła różdżkę i płaszcz. Wyszła, trzaskając drzwiami.
Hermiona leżała na łóżku i płakała. Wokół niej leżało pełno chusteczek. Miała dość. Chciała zniknąć ze swojego życia, być kimś innym. Nagle coś wpadło jej do głowy. Otarła łzy, poprawiła włosy i założyła płaszcz. Ruszyła w ciemną noc.
W końcu weszła do lasu, skąd teleportowała się. Obręcz ścisnęła ją tak, że nie mogła oddychać. Gdy odzyskała w końcu tę zdolność, stała przed okazałą bramą do Malfoy Monor. Popatrzyła na ogród i zawróciła.
Nie była wystarczająco silna.
Zapłaczę nad mym wrednym pieskiem.
Nad zdradą i parszywym latem.
Zapłaczę, że się skończy wszystko.
Zapłaczę nad płaczącym światem.
Chociaż niczego nie ubędzie,
Jedynie pamięć nas pogrzebie,
Zapłaczę, że już mnie nie będzie,
Zapłaczę, że nie będzie ciebie...
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [58]Tytuł: Rozdział XXV: Mieszane uczucia
Dodane: poniedziałek, 28 stycznia 2008, o 14:12:21
Kto chce być nadal powiadamiany, niech wpisze się do Księgi. Nie dotyczy to osób, które już się wpisały.
Witam was wszystkich!
Patrzcie, stał się cud. Napisałam kolejny rozdział. Jak to ja mam plany na przyszłość, a brak ich na teraźniejszość, więc znów troszkę przyspieszę czas. Chcę, by to wszystko działo się naturalnie i miało pasującą do siebie całość. Nie chcę idealnej Hermiony, idealnego Dracona. Chcę, by zachowała się kanoniczność Rowling w miarę moich możliwości.
Siódmy tom... Dużo mu brakuje i ta akcja jest dziwna, choć bardziej poznaję uczuciowo Hermionę, jest ona mi bliższa. W siódmym tomie nie brakuje Bellatriks, co raduje moje nikczemne serce. Kanoniczność mam do tomu szóstego i niektóre elementy z siódmego wykorzystam. Na pewno nie będzie żadnego zmartwychwstania Harry'ego. Niby Voldemort zabił tylko drzemiącego w Potterze horkruksa, ale jednak poszedł on do nieba i rozmawiał ze zmarłym. To mi się nie podoba. Zachowanie Voldemorta też mi do niego nie pasuje zbytnio, ale już. To ma być opowiadanie, a nie moje sugestie.
Notka jest (jak zwykle) średnia. Długości się nie czepiajcie. Nic do podziwiania, jednak podobają mi się niektóre momenty, jednak pilnujcie się: Nie zaśnijcie.
Dedykacja
Tę notkę zadedykuję osobom, które coraz bardziej wdrażają się w moje życie i z którymi mam zamiar bliżej się zaprzyjaźnić. Aniu, Mikołaju... Dziękuję, że zagościliście w moim życiu. Utrzymywaliśmy przyjacielskie stosunki zawsze, jednak czuję, że teraz jesteśmy jeszcze bliżej osiągnięcia tego, co ludzie nazywają wielką przyjaźnią. Oprócz moich kochanych czterech, mam teraz jeszcze was. Patrzę jakie mnie szczęście spotkało i karcę się, gdy narzekam. Co mają powiedzieć ludzie bez przyjaciół, lub głosujące dzieci w Afryce? Jestem nudziarą, ale jakże wielką szczęściarą.
Dziękuję - to mało, jednak mam nadzieję, że dla was więcej znaczy...
Grudniowy poranek jakich wiele, jednak na pewno ucieszyłby bardziej niejedną ludzką twarz, która kocha biel zimy, bowiem padał czysty, rażący swoją bielą śnieg, o niespotykanie wielkich rozmiarach płatków. Hermiona zakładała właśnie beżową szatę czarodzieja, która świetnie kontrastowała z orzechową barwą jej pięknych oczu. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze i cichutko westchnęła. Ten poranek, jak prawie każdy poprzedni, wprawiał ją w dziwny nastrój. Z jednej strony była szczęśliwa, z powodu, że znów poczuje ten zapach, który działał dogłębnie na jej zmysły, doprowadzał do szału, a z drugiej strony wiedziała, że krew przyspieszy swoje krążenie z powodu nienawiści do tego przystojnego blondyna. Była w rozterce. Gdy była z Ronem, czuła, że to właśnie jego kocha po wszystkie czasy tego świata, ale gdy zobaczyła Malfoya to wszystko pryskało pozostawiając dwie rzeczy: miłość i nienawiść.
- Co tak stoisz przed tym lustrem? Zapleć włosy, jeśli zastanawiasz się, co z nimi zrobić.
- Dzięki za radę Mon - Ron - odpowiedziała Hermiona kąśliwie. Nie chciała go zranić, ale przecież po dwóch dniach przerwy znów wraca do tego piekielnego szkolenia...
- Skoro jesteś mądrzejsza, sama sobie radź - powiedział rudzielec i wyszedł z pokoju. Hermiona nie chciała płakać, naprawdę, jednak nie mogła. Rozpłakała się, rozmazując makijaż. Ron usłyszał ten szloch i uchylił drzwi. Nie mógł znieść jej płaczu.
- Co tu jeszcze robisz? - zapytała, niedowierzając własnym oczom. Uniosła różdżkę i wycelowała nią w Rona, którego zaczęły parzyć dłonie.
- Przestań! - jęknął. Hermiona jakby oprzytomniała i rzuciła przeciwzaklęcie.
- Przepraszam cię Ron. Nie wiem, co we mnie wstąpiło...
Accio dyptam! - mruknęła Hermiona, klękając przy przyjacielu. Do jej rąk przyleciała mała buteleczka z napisem "Esencja dyptamu". Granger odkorkowała buteleczkę i zaczęła wcierać jej zawartość w poparzone dłonie rudzielca. Po chwili po oparzeniach nie było śladu.
- Wybacz mi... To perspektywa pobytu z Malfoyem. Wiesz jaki to dupek... A ta twoja Kate jest naprawdę miła i nie musisz żyć w ciągłym stresie, że były Śmierciożerca zrobi Ci krzywdę... Jak oni mogli go przyjąć! - wyrzuciła z siebie nagle. Weasley spojrzał na rozmazany makijaż na jej twarzy.
- Już jest dobrze... Opanuj się Hermi - rzekł Ron. Hermiona spojrzała na niego zdziwiona. Pierwszy raz ktokolwiek zdrobnił jej imię. Uśmiechnęła się do niego.
- Na brodę Merlina! Za pięć minut musimy być w biurze! - powiedział Ron, patrząc na zegarek.
- Idź, ja się trochę spóźnię. Muszę doprowadzić się do porządku. I zaplotę ten warkocz - powiedziała, uśmiechając się lekko. Ron zszedł na dół, biorąc do ręki naczynie z proszkiem Fiuu.
Hermiona weszła do łazienki. Jednym zwinnym ruchem różdżki zmyła makijaż z twarzy, drugim zaplotła warkocz. Następnie sięgnęła po brązowo-beżowe cienie i zmieszała je razem, po czym nałożyła lekko na oczy. Przejechała po wargach swoim jasnym błyszczykiem. Zeszła na dół, sięgnęła po szczyptę proszku Fiuu, wrzuciła do kominka. Natychmiast rozbłysły zielone płomienie. Hermiona, niechętnie, weszła w te płomienie, mówiąc: "Ministerstwo Magii!". Natychmiast poczuła znajome uczucie wirowania. W końcu zobaczyła znajomy hol. Wyskoczyła z kominka, przewracając się.
- Niech żyje zgrabność, Granger - powiedział ktoś z ironią. Hermiona od razu poznała ten głos. Pozwoliła mu mówić do siebie Granger. Przecież mieli być mili dla swoich podopiecznych, a ona dostosowuje się raczej do regulaminu. Teraz nie była to jakaś zabawa w nocną wyprawę po Hogwarcie. To była praca, od której zależy jej życie. Musiała mówić do niego chociażby po nazwisku. Za "panią" Granger dostała upomnienie. Nie wiedziała, kto doniósł, jednak podejrzewała blondyna. Poczuła do niego odrazę.
- Cicho bądź, Malfoy - rzekła Hermiona, podnosząc się z ziemi i otrzepując z popiołu, którego na szczęście było mało. Przewróciła się przed kominkiem, a nie w nim.
- Gubisz swoją perfekcję? Ty i spóźnienie się? - zapytał, unosząc brwi.
- Ty też się spóźniłeś, Malfoy. Powinieneś czekać na mnie w moim gabinecie.
- Szedłem powiadomić szefa wydziału aurorów, że cię nie ma.
- W atrium? - zapytała chytrze. Chciała go powalić na kolana, jednak na jego twarzy pojawił się kolejny drwiący uśmieszek.
- Powiedzieli mi w jego gabinecie, że poszedł w te stronę. Chyba pójdę go poszukać - powiedział, robiąc krok w prawo.
- Czekaj Malfoy. Czas zacząć ćwiczenia, mamy opóźnienie - spojrzał na nią. W jej oczach czaiło się błaganie. Nie chciała, by na nią doniósł. Postanowił ją podenerwować, jak kiedyś w Hogwarcie. Przyspieszył kroku.
- Błagam cię - powiedziała. Czuła do siebie odrazę, że go o coś prosi, jednak musiała.
- A co z tego będę miał Granger? - zapytał. Milczała. - Chodź do gabinetu - odetchnęła z ulgą, ale nagle oprzytomniała.
- Malfoy, to mój gabinet...
- Ach tak? To ja może jeszcze poszukam Fostera...
- Nie ośmielisz się. Chodźmy - powiedziała, wchodząc do windy. Blondyn wszedł za nią.
Hermiona czuła do siebie odrazę. Dała mu się, a tak bardzo tego nie chciała. Traciła przewagę. "To moja osobista bitwa. Ja ją wygram, Malfoy" - przyrzekła sobie w duchu.
Wyszli do działu aurorów. Na każdej wolnej powierzchni były zdjęcia poszukiwanych Śmierciożerców. Hermiona spostrzegła kątem oka, jak Draco lustruje wzrokiem fotografię swojego ojca. Mimo iż zmarł dawno temu, dziwnym trafem nadal wisiała tu jego fotografia. Malfoy zdarł ją i włożył do kieszeni. Hermiona poczuła pewien rodzaj satysfakcji, choć było jej go żal.
Weszli do jej zielonego gabinetu.
- Malfoy dziś poćwiczymy...
-
Expelliarmus - Hermiona poczuła, że różdżka wyrywa jej się z ręki.
- Nie będziemy tego ćwiczyć. Oddaj mi różdżkę Malfoy - wycedziła Granger przez zęby. Malfoy spojrzał na nią rozbawiony.
- Jeżeli myślisz, że szybko ci ja oddam, jesteś w błędzie Hermiono Granger. Najpierw nagroda - spojrzał na nią, wyczekując jej reakcji.
Nie wiedziała co robić. Tak dziecinnie łatwo ja pokonał... Ją, jednego z najlepszych aurorów.
- Nie wymawiaj mojego imienia. Oddaj moją różdżkę, Draco - powiedziała. Miała nadzieję, że nie zniesie swojego imienia w ustach szlamy. Przecież dla niego była szlamą, nic nie wartym śmieciem.
- Nie oddam ci różdżki. Będę cię nazywał jak chcę. Sama mówisz do mnie po imieniu. Teraz nagroda.
Hermiona przygryzła dolną wargę, myśląc gorączkowo. Gdyby tak mogła pójść do Rona lub Harry'ego...
- Dziękuję, że na mnie nie doniosłeś - wyszeptała po chwili. Jej głos był cichy jak lekki powiew wiatru, jednak Draco go usłyszał. Patrzył na nią rozbawiony. Znęcał się nad nią i to sprawiało mu wielką radość.
- Nie oto mi chodziło Hermiono.
- Oddaj mi różdżkę, gnoju - wycedziła gniewnie.
Czuła, że przesadziła. Widziała to w jego stalowych oczach, Dostrzegła to, co chciała w nich zobaczyć. Jakiekolwiek uczucie, jednak nie o to jej chodziło. Z jego oczu można było odczytać gniew, jednak nadal uśmiechał się ironicznie. Hermiona przywarła do ściany. Wiedziała, że nic jej nie zrobi. Są w pracy, jednak czuła, że nie spotka ją nic dobrego. Malfoy położył różdżki na stole i powoli zbliżył się do Hermiony. Chwycił ją za nadgarstki. Zawyła z bólu. Nie mogła się ruszać, sparaliżowana strachem. Draco zbliżył swoje usta do jej ust i pocałował ją. Hermiona stała sparaliżowana, nie mogła nic zrobić. W końcu odsunął się od niej. Hermiona potarła nadgarstki, nadal wpatrując się w niego ze strachem. Draco rzucił jej różdżkę. Hermiona zręcznie ją złapała.
- To wracamy do ćwiczeń? - zapytał, jakby nic się nie stało.
- Co? Och... tak, tak - powiedziała. Miała zamiar o tym zapomnieć, uda, że nic się nie stało. Uśmiechnęła się do niego.
- Malfoy, dziś zrobimy powtórzenie. Zaczniemy od Expelliarmus, choć chyba już to ćwiczyłeś...
Draco uśmiechnął się do siebie. Ona była niesamowita.
Wróciła do domu, zmęczona. Rona jeszcze nie było. W pracy przysłał jej liścik, że wróci później. Ćwicząc, poważnie zranił Katie, jednak wiedział, że nic nie dostanie. W końcu nieraz od początku szkolenia zdarzały się takie wypadki, jednak Ministerstwo umiało wykazać czy był to wypadek, czy było to specjalnie.
Otworzyła ognistą Whisky i nalała sobie do szklanki. Rozpaliła w kominku i wzięła
Zaklęcia przydatne w walce z Czarną Magią Stuarta Newtona. Miała dość jak na jeden dzień. Uniosła szklankę i wypiła jednym duszkiem. Od razu poczuła się lepiej. Nie chciała nikomu mówić, o tym, co dzisiaj zaszło. Ten pocałunek był niezwykły, jednak chciała go wyrzucić raz na zawsze ze swojej pamięci. Chciała wymazać Draco Malfoya ze swojego życia, jakby go nigdy w nim nie było. Słowa książki nie docierały do niej. Wzięła w rękę czysty kawałek pergaminu i napisała "Draco Malfoy". Litery zabłysły złowrogo w świetle kominka. Przeczytała imię swojej miłości i swego wroga, po czym wrzuciła kartkę do kominka. Z satysfakcją spojrzała jak ogień bezlitośnie trawi czerwone litery. Uśmiechnęła się, gdy kartka doszczętnie spopielała. Zamknęła kałamarz, odłożyła pióro na miejsce i ponownie otworzyła książkę. Czuła pewną ulgę.
Połóż mnie na swym ramieniu, połóż jak pieczęć na sercu,
Poczuj smak mego pragnienia, jak pieczęć, proszę połóż mnie...
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [50]Tytuł: Rozdział XXIV: Pomoc
Dodane: sobota, 12 stycznia 2008, o 18:24:32
Kto chce być nadal powiadamiany, niech wpisze się do Księgi. Nie dotyczy to osób, które już się wpisały.
Witajcie kochani!
Postanowiłam dodać nową notkę. Dziękuję za miłe komentarze, ale za te krytykujące szczególnie. To właśnie dzięki nim nabieram wprawy w pisaniu kolejnych rozdziałów. Mój wiersz... opinie były różne. Ja jednak twierdzę, że był, niestety zły.
Na dworze ciepło, aż chce się żyć, jednakże ja nie lubię zimy, gdy nie ma śniegu. Zimą śnieg musi być i tyle. W szkole trwa rozgardiasz w związku z wystawianiem ocen, moje życie osobiste skłania mnie do refleksji, a ja sama mam dziwne huśtawki nastrojów. Jest mi bardzo wesoło i nagle... smutek mnie ogrania dogłębnie, ale nie umiem znaleźć jego źródła.
Notka średnio mi się podoba, ale jest lepsza niż tamta. Zresztą każda byłaby lepsza. Niemniej jednak jeszcze żyję, a to już bardzo dobry znak.
Dedykacja
Tę notkę dedykuję osobom, które są dla mnie najważniejsze na świecie. Moje cztery kochane przyjaciółki, bez których nie potrafiłabym żyć. Nadio, Weroniko, Kingo i Agatko to wy sprawiacie, że uśmiech gości na mojej twarzy, to wy się staracie, żeby on pojawił się na mojej ponurej twarzy, gdy ona taka jest. To wy rozśmieszacie mnie do łez, wspieracie mnie w każdej chwili, dajecie mimowolnie jakiś sens temu, że żyję. Mam was cztery... Czego jeszcze można chcieć?
Ciemność, która ustępowała w tej chwili jasnemu, słonecznemu porankowi, wdzierała się do sypialni jednego z domów przy Sunny Street cztery. Jedna z dwóch postaci leżących w łóżku postaci poruszyła się lekko i otworzyła zaspane oczy. Spojrzała na zegarek. Były dwie minuty po siódmej. Hermiona Granger wstała. Wiedziała, że za niecałe już dwie godziny musi się stawić w biurze aurorów, a według niej głupotą było ponowne zasypianie, dlatego usiadła na skraju łóżka w poszukiwaniu pantofli. Nie mogła ich znaleźć.
-
Accio pantofle - szepnęła. Po chwili drzwi się otworzyły i wpadły dwa pantofle. Hermiona uśmiechnęła się. Oczywiście zostawiła je w łazience. Wstała z łóżka i ruszyła ku szlafrok, leżący na zielonym fotelu. Mężczyzna leżący w łóżku zachrapał głośno. Hermiona przestraszyła się lekko. Wiedziała, że to tylko Ron, jednak w ciągu roku pracy aurora, a także poprzedzającym ją kursie, reagowała na najmniejszy szmer. Spojrzała w kierunku Rona. Usta miał lekko rozchylone i chrapał. Wzięła szlafrok i poszła na dół swojego domku, rozchylając zasłonki. Słońce zdążyło już wzejść. Weszła do kuchni i zrobiła sobie herbaty po czym usiadła w salonie. Od razu w oczy rzuciła się fotografia, wyróżniająca się spośród innych. Była na niej ona z Ronem. Ze swoim przyjacielem, teraz jej narzeczonym.
Wiedziała, że jest jej bardzo bliski, że na pewno oddałaby za niego życie. Czuła, że jest dobrym człowiekiem, zasługującym na szczęście, jednak czasami zastanawiała się, czy to na pewno ona jest tą osobą, która ma mu to szczęście dać. Czuła, że to coś więcej, jednak gdy myślała "Kocham go" przed oczami stawał jej pewien wredny chłopak z szarymi, stalowymi tęczówkami i blond włosami. Chciała go wyrzucić ze swoich myśli, ze swojej głowy, ze wspomnień, jednak nie umiała i nie potrafiła. Draco Malfoy. To on był sprawcą wszystkiego. Arogancki, nieczuły. Wydawało jej się, że zmienił się. Jednak nie. To był tylko zakład. Hermiona westchnęła. Dlaczego, u licha, on wciąż powracał do niej w snach i w myślach, skoro ostatni raz widziała go ponad cztery lata temu na stacji King's Cross?
"Kocham Rona" - pomyślała i poczuła gwałtowny skurcz w żołądku i okrutną myśl: "Prawda, ale co z Draco?".
- Kocham Rona - powiedziała na głos, by dodać prawdy swym słowom.
- Wiem, że mnie kochasz - usłyszała męski głos.
U szczytu schodów stał Ron, ubrany jedynie w bokserki i uśmiechający się od ucha do ucha.
- Ubierz się, Ron - powiedziała Hermiona. Serce zaczęło jej walić. Spojrzała na niego. Był taki szczęśliwy... dzięki niej.
On zignorował jej słowa. Podszedł i przytulił ją mocno. "To jego kocham" - pomyślała Hermiona, wtulając się w niego - "żaden głupi Malfoy, tylko mój Ron".
- Dosyć tych uścisków. Za godzinę idziemy do pracy. Trzeba wziąć się za siebie - powiedziała Hermiona. Ron zrobił jakiś nieprzyjemny grymas.
- Ron, przecież wiesz, że dziś mamy dostać uczniów, których jako nowych przyjęli do pracy. Taka nowa akcja, mająca pomóc kształcić młode umysły przeciw walce z Czarnym Panem. Nie możemy się spóźnić, zwłaszcza w takim dniu, choć warto pamiętać, że jedna z uchwał Magów z Wizengamotu z 1755 zabrania jakiegokolwiek spóźniania się, a my przecież mamy tak odpowiedzialny zawód...
- Wiem, wiem - powiedział Ron, śmiejąc się w duchu. Nigdy nic nie wiedział z Historii Magii.
Hermiona poszła do kuchni, by zrobić śniadanie. Podczas mieszkania w Norze pani Weasley nauczyła ją gotować za pomocą czarów i Hermiona w mig pojęła, o co w tym chodzi. Gdy Ron zszedł całkowicie ubrany w zieloną szatę czarodzieja na stole czekała już parująca jajecznica, chleb i wyborna herbata. Usiadł przy stole i wziął do ręki "Proroka Codziennego".
- Smakuje? - zapytała Hermiona. Gdy byli sami, nie potrafili zbytnio rozmawiać przy jedzeniu, szczególnie rano.
- Po co się pytasz? Przecież wiesz - powiedział Ron, dając do zlewu brudny talerz.
- Nauczysz wreszcie się zmywać? - zapytała Hermiona.
- Po co, skoro ty to umiesz? - odpowiedział, wzruszając ramionami.
- Tobie też by się przydało - zauważyła Hermiona.
- Proszę, nie kłóćmy się - powiedział, całując ją w prawy policzek.
Siedziała w sali udekorowanej na fioletowo wraz z innymi aurorami. Oprócz niej na sali siedział Ron i Harry, a także dziesięciu innych aurorów. Rozmawiali szeptem. W końcu wszedł Minister Magii, Scrimgeour, i wszystko ucichło.
- Witam was wszystkich! Wraz z Szefem Wydziału Aurorów, Panem Danielem Fosterem, postanowiliśmy urządzić akcję, której zasady zapewne już państwo zna, jednak pokrótce je przedstawię. W naszej akcji chodzi o pomoc świeżo przyjętym aurorom przez nasze Ministerstwo Magii. Za pomocą kursu, który potrwa do czerwca wasza najlepsza trzynastka w Ministerstwie Magii pomoże odnaleźć się w fachu przyjętym w tym roku aurorom. Każdemu z was został przydzielony jeden z nowych ludzi i z nimi będziecie brać udział w akcjach i tym podobnych przypadkach. Mam nadzieję, że zaprzyjaźnicie się ze swoimi "uczniami". Proszę, niech oni wejdą do środka.
Drzwi po prawo otworzyły się gwałtownie i do środka weszło trzynaścioro chłopców i dziewczynek. Hermiona siedziała za Wysokim Septerem i nie widziała twarzy osób, które weszły do środka.
- Teraz odczytamy kto został przydzielony do kogo. Gdy wyczytam nazwisko aurora, on wstanie i zaprowadzi swojego "ucznia" do swojego gabinetu, gdzie się poznacie. Panie Foster, niech pan zaczyna.
- Pan Peter Crow i Tom February.
Hermiona usłyszała kroki, które cichły w oddali.
- Panna Hermiona Granger i Draco Malfoy.
Hermiona wstała. Pomyślała, że jej się przesłyszało, jednak z jej uszami było wszystko w porządku. Podeszła do pana Fostera, który wskazał jej Draco, choć było to niepotrzebne. Dziewczyna poczuła, jak krew uderza jej do głowy. Blondyn wyciągnął dłoń, uśmiechając się ironicznie. Hermiona chciała wrzeszczeć, nie zgodzić się, uciec lub zrobić cokolwiek innego, jednak nie chciała robić scen i uścisnęła dłoń.
- Tędy, panie Malfoy - powiedziała lodowatym tonem. Była jednak zdziwiona, że udało jej się wydobyć z siebie głos. Ruszyli korytarzami.
- Nie przywitasz się normalnie ze starym znajomym? - zapytał ironicznie blondyn. Hermiona poczuła, że wszystko w jej wnętrzu się kruszy, jednak opanowała się. W końcu często musiała to robić podczas walk ze Śmierciożercami.
- Wolałabym się przywitać z akromantulą, niż z tobą. Teraz w lewo - powiedziała. Szedł za nią.
Wreszcie weszli do jasnego gabinetu, utrzymującego się w kolorze zieleni. Hermiona usiadła za biurkiem, zaś Draco wskazała zielony fotel. Usiadł w nim.
- Mogę wiedzieć, co cię sprowadza? - zapytała Hermiona.
- Mnie nic. Po prostu przydzielili mnie do ciebie, bo dopiero teraz zgłosiłem się na aurora, Granger.
- PANI Granger. Kłamiesz - wycedziła.
Chciała, by na jego twarzy ukazało się zmieszanie, takie jakie było wewnątrz w niej samej. Miała ochotę rzucić się na niego i wtulić w jego ciało, a jednocześnie zadać ból różdżką. On jednak zdobył się na kolejny ironiczny uśmiech. Hermiona opasła z sił. Wiedziała, że jakakolwiek zmiana nie wchodzi w rachubę. Nie może się poddać. Po prostu nie może.
- Ja mówię prawdę PANI Granger - powiedział, kładąc nacisk na przedostatnie słowo.
- Zaczniemy od przypomnienia sobie prostych zaklęć - powiedziała Hermiona, wyciągając swoją różdżkę.
Nie poddała się, choć jego czar tak na nią działał. Kochała go i nienawidziła jednocześnie.
Tak to prawda! To cała prawda i tylko prawda!
Mówię prawdę, wyznaję prawdę,
Wierzcie lub nie.
To jest zniewaga! Chwieje się waga! Wraca odwaga...
Wiem, kto wie prawdę, jedyną prawdę, zamienić chcę,
A moja prawda jak struna drga, radośnie woła, lub cicho łka...
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [40]Tytuł: Rozdział XXIII: Podróż z Hogwartu
Dodane: piątek, 4 stycznia 2008, o 19:29:17
Kto chce być nadal powiadamiany, niech wpisze się do Księgi. Nie dotyczy to osób, które już się wpisały.
Witajcie po raz pierwszy w Nowym Roku!
Oby był on lepszy. Oto pierwszy rozdział w tym roku, który kończy pewien rozdział w życiu Hermiony i w życiu tego bloga. Jak widać dość wyraźnie zmieniłam wygląd bloga. Mam nadzieję, że się wam podoba, bo kilka razy robiłam szablon, a namęczyłam się przy nim jak głupia, naprawdę. Robiłam go z cztery godziny. Taki prosty, a tyle kłopotu sprawił. Piszę ten rozdział przy różnorakiej muzyce. Jest tu Rubik, Hip-Hop, Celine Dione, Pop, Biesiada, Pieśni Patriotyczne i wiele innych. Naprawdę wybuchowa mieszanka. Dowiedziałam się kilku fajnych faktów o Belli, ale także wiem kto w siódmym tomie jest żoną Dracona.
Notkę poprzedzam wierszem, który jest wynikiem moich mozolnych wypocin. Prosiłabym o szczere komentarze na jego temat. Można porównać trochę do pary Hermiona i Draco.
Notka jest średnia, ale naprawdę się starałam. A wyszło średnio. Nawet nie wiem po co to dodaję. Musicie przeboleć. Następny rozdział będzie już o Hermionie dorosłej. Ale o tym w rozdziale o szlachetnym numerze XXIV.
Dedykacja
Tę notkę dedykuję wszystkim czytelnikom, którzy czytają, a jak piszą komentarz, to jest on szczery do bólu. Nie boją się mnie skrytykować, aczkolwiek czasami nie szczędzą pochwał. Nie będę tu wyróżniać nikogo, ponieważ mam to zachowane w sercu. Ta dedykacja jest dla wszystkich jednaka.
Dziękuję, że czytacie, komentujecie, że jesteście częścią tego bloga, a więc także mojego nędznego życia. Nic dodać, nic ująć. Po prostu bez was pisanie nie sprawiłoby mi tyle radości, ile wnosi obecnie w mój żywot. Choć notka nie jest pierwszorzędna, to mam nadzieję, że nie jesteście obrażeni tą dedykacją. Wymagam od siebie i bardzo mnie to cieszy, że cokolwiek od siebie wymagam.
Dziękuję, choć to za mało...
Kto słowo "kocham" fałszywie mówi,
Niech się wśród ludzi złą sławą pochlubi.
Bo miłość to wielki dar,
Dookoła rozsiewa swój niezwykły czar.
Kto kochać nie umie,
Ten żyje obłudnie.
Bo miłość to cenny skarb,
Jednak niekiedy to dodatkowy garb.
Kto w życiu miłości nie zazna,
Tego nie pocieszy moneta żelazna.
Do kogo serca miłość nie dociera,
To nie znajdzie prawdziwego przyjaciela.
Kto miłości nie zna, niech go ogień pochłonie,
Niech płomienie gorące wyciągną ku niemu swe dłonie.
Nie znać miłości jest wielką głupotą,
Nieważne, co niektórzy plotą.
Kto w życiu nie zazna miłości,
Temu na nic ogromne posiadłości.
Szczęścia, radości uczucia nie dają,
Tylko dodatkowe zmartwienia dodają.
Bez miłości człowiek nędzy,
Chociaż w kieszeni ma wiele pieniędzy.
Że miłość potęgą w chwili śmierci odgadnie,
Jednak wtedy już na twarz upadnie...
Wielka Sala była wypełniona gwarem i ciszą jednocześnie. Uczniowie młodszych klas wesoło jedli ostatni swój posiłek w tym roku szkolnym na terenie Hogwartu, natomiast siódmoklasiści w milczeniu bezinteresownie dźgali widelcem to, co mieli na talerzu. Nawet Ron nie rzucił się na
pyszną jajecznicę, ale pił w milczeniu i skupieniu sok dyniowy.
Nigdy już nie wrócą do tego miejsca, w którym spędzili prawie połowę swojego życia. Siedem lat to szmat czasu. Chłopcy wyrośli na mężnych mężczyzn, dziewczyny na piękne panny. Żal im było opuszczać to miejsce. Tu przeżyli pierwsze miłości, problemy, to tu dorośli, a teraz mieli
opuścić to miejsce już na zawsze i nigdy nie wrócić. Hermiona spojrzała na stół nauczycielski i smętnie zwiesiła głowę. Będzie tęskniła za biblioteką, za błoniami, za szkolnymi korytarzami, na których tyle się działo. Teraz miał być koniec jej nauki. Hermiona zastanawiała się jak ona przeżyje bez odwiedzin u Hagrida, bez wypracowań i prac domowych.
Odłożyła widelec obok talerza pełnego pysznej jajecznicy, której nie tknęła. Harry i Ron uczynili to samo.
- Czemu odłożyliście widelce? - zapytała Hermiona.
- Z tego samego powodu co ty - powiedział Harry i znowu zapadło milczenie.
Hermiona szpojrzała na stół Puchonów i Krukonów... Niektórych osób będzie jej bardzo brakowało. Specjalnie unikała stołu Ślizgonów, choć wiedziała, że tęsknota za jednym z nich będzie zadawała jej bolesne rany, a raczej pogłębiała tą, która już istniała.
Nie mogła dłużej. Spojrzała w kierunku stołu, przy którym siedzieli Ślizgoni. Ich najmniej pogrążała perspektywa opuszczenia Hogwartu. Większość z nich jadło drugą z kolei porcję wybornej jajecznicy, a niektórzy śmiali się głośno. Spojrzenie Hermiony powędrowało ku Draconowi, który sięgając po sok dyniowy spojrzał w jej kierunku. Hermiona odwróciła się szybko. Miała nadzieję, że się nie zarumieniła.
W końcu wyszli na zewnątrz, by wsiąść do powozów. Pogoda była taka, jaka powinna być w wakacje. Słońce świeciło mocno, a z nieba lał się ukrop. Wszyscy momentalnie zaczęli się pocić
w szkolnych szatach. Wiedzieli, że świeci słońce po sklepieniu w Wielkiej Sali, jednak nie spodziewali się takiego ukropu. Kolejno wsiadali do wozów.
Wreszcie zdążyli wejść do jednego z wozów, ciągniętych przez tersale, których Hermiona nie była w stanie dostrzec. Spojrzała ku Harry'emu, który wpatrywał się w skrzydlate konie. Poczuła lekkie ukucie zazdrości. Mieli już zamykać, ale dostrzegli Neville'a z Luną, którzy pokazywali im na migi, by zaczekali. Oni również weszli milczący.
Powóz ruszył. Wszyscy w powozie spoglądali na oddalający się Hogwart. Ginny położyła rękę na ramieniu Harry'ego, a Luna objęła Neville'a. Hermiona spojrzała na Rona, który intensywnie
wpatrywał się w oddalający się zamek. Potrzebowała czyjeś bliskości. Niepewnie położyła głowę na lewym ramieniu Rona. Weasley poczuł wyraźniej ukochany zapach w nozdrzach i poczuł lekki ciężar na swoim ramieniu. Zdumiony ujrzał twarz Hermiony. Łzy delikatnie leciały po jej twarzy.
Nieśmiało pogłaskał ją. Bał się, ale jednak to zrobił. Z ulgą stwierdził, że dla Hermiony nie było w tym nic nadzwyczajnego. Był przecież tylko jej przyjacielem.
Następnym problemem było znalezienie wolnego przedziału. W końcu znaleźli go w dalekim krańcu pociągu, w ostatnim wagonie. Hermiona położyła się na siedzeniu i położyła głowę na kolanach Ronalda. Nawet nie wiedziała, jak bardzo uszczęśliwiła jego serce.
- Będzie wam tego brakować, prawda? - zapytała Hermiona. Nareszcie wydobyła z siebie głos.
Harry kiwnął głową.
- Oj, przestańcie! Zaczęły się w końcu wakacje!
- Dla nas wakacje nigdy już się nie skończą, Ginny - mruknęła Hermiona.
- Przecież będziecie pracować...
- Właśnie: będziemy pracować. Nigdy nie wrócimy do Hogwartu, jak ty i Luna - wychrypiał Ron.
- Ale... - zaczęła Ginevra.
- Skończmy tę dyskusję Ginny. Zrozumiesz to, jak za rok ty będziesz opuszczać to miejsce na zawsze - powiedziała Hermiona. Twarz miałą ukrytą w książce, ale sens słów nie docierał do niej. Płakała, ale nie chciała by przyjaciele to zauważyli.
Koło południa przyszła pani z wózkiem.
- Coś z wózka? - zapytała, rozglądając się po wagonie.
Harry grał z Ronem w szachy. Hermiona głaskała Krzywołapa za uszami, powstrzymując go od rzucenia się na szachownicę. Luna czytała "Żonglera" do góry nogami, a Ginny i Neville pogrążyli się w rozmowie o planach na przyszłość.
Ron poprosił o stos kociołkowych piegusków (Harry musiał dołożyć mu trochę grosza). Harry kupił kilka czekoladowych żab, nawet Hermiona skusiła się na fasolki Bertiego Botta. Ginny, Luna i Naville kupili sobie po tabliczce czekolady. Szybko zjedli słodycze.
Ku ich zdumieniu ta podróż okazała się również z wesołej strony. Ron gadał takie głupie rzeczy do swoich figur, że wszystkich zmuszał do śmiechu. Sam Ron był w doskonałym humorze. Wszyscy zastanawiali się nad źródłem tej radości. Hermiona bardzo mu zazdrościła. Choć śmiała się z innymi, chciało jej się nadal płakać.
Ginny i Harry domyślali się jednak o co chodzi i ukradkowo zerkali na Hermionę. Tak chcieli, by byli razem.
Pociąg stanął, a z komina wydobyły się kłęby dymów, po peronie dziewięć i trzy czwarte rozległ się gwizd. Uczniowie zaczęli pospiesznie wysiadać. Stanęli w kolejce przed bramką oddzielającą świat magiczny od mugolskiego.
Tak jak kiedyś przepuszczano ich czwórkami. Czekając na swoją kolejkę. Hermiona ukucnęła, udając, że wiąże buta, gdy do barierki zbliżył się Malfoy z Zabinim i swoimi gorylami, których przychylność zyskał po wygraniu zakładu. Delikatnie wytarła samotną łzę, która spłynęła po jej lewym policzku.
W końcu nadeszła ich kolej. Hermiona, Harry, Ron i Ginny czekali. W końcu konduktor dał im znak i przeszli przez barierkę. Hermiona dostrzegła idącego samotnie Malfoya, który był odwrócony do niej tyle. Miała jednocześnie nadzieję, nigdy go nie zobaczyć i widywać go codziennie. Coś ją ścisnęło w sercu, ale nie dała tego po sobie poznać.
Ruszyła z innymi do pani Weasley i pana Weasleya.
- Kochaneczki wy moje! - powiedziała pani Weasley tak głośno, że kilkoro mugoli obejrzało się za źródłem tego krzyku.
Wszyscy zaczęli się witać, przytulać i całować.
Hermiona uśmiechnęła się. Czuła, że to jest jej rodzina. I zawsze nią będzie bez względu na wszystko. Miała tylko ich i postanowiła cieszyć się każdą chwilą z nimi spędzoną.
Ron chwycił ją za rękę. Hermiona spojrzała na niego. Widocznie rozumiał bez słów, czego jej potrzeba. Nie wiedziała jednak, że Ron zrobił to z innego powodu.
Choć nie masz oczu bardziej błękitnych niż tamta miała,
Tamta co kiedyś dla żartu niebo w strzępu porwała,
Choć nie masz oczu chmurnych jak burza pod koniec lata,
Ty każdym latem i każdą burzą mojego świata...
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [32]Tytuł: Rozdział XXII: Owutemy
Dodane: poniedziałek, 24 grudnia 2007, o 10:14:18
Kto chce być nadal powiadamiany, niech wpisze się do Księgi. Nie dotyczy to osób, które już się wpisały.
Witajcie kochani!
A więc (nie zaczyna się zdania od "a więc", ale ja jestem inna) witam was w ten zupełnie wyjątkowy dzień. Pragnę życzyć wam wszystkim zdrowych, spokojnych świąt, pysznego karpia, całokształtu jak z bajki, spełnienia marzeń, dobrych ocen, osiągnięcia celów, do których dążycie etc. Tego wszystkiego nie da się wymienić.
Ostatnia notka w tym roku, tak mi się wydaje. W roku, w którym ten blog zaczął swoją działalność. Dziękuję wszystkim czytelnikom za to, że chcą czytać moje wypociny. Piszę dla siebie, ale w szczególności dla was. Lubię czytać wasze blogi, poznawać wasze historie.
Jest średniej jakości jak że i długości, ale przeżyjecie. Przynajmniej mam nadzieję, że serca miękkie w Święta jakoś to przeboleją.
Dedykacja:
Tym razem notkę dedykuję Selenie. Moja notka nie dorównuje twojemu kunsztowi pisarskiemu, jednakże zauważ, że jest wyjątkowa. Ostatnia w roku, w którym się poznałyśmy. W wigilię, ten najpiękniejszy dzień w roku. Jesteś moją internetową przyjaciółką. Naprawdę bardzo Ci dziękuję za wszystko: za rozmowy, komentarze, wiersze, a szczególnie wspaniałe opowiadanie, których części powinny być o wiele, wiele dłuższe i dodawane częściej.
Dziękuję, choć to słowo, to za mało.
Hermiona obudziła się nagle, jakby ktoś bił na alarm. Cała była oblana potem. Śnił jej się koszmar... Koszmar, w którym olała wszystkie owutemy, a Malfoy śmiał się z niej i wyliczał wszystkie jej wady, począwszy od jej mugolskiego pochodzenia. W końcu pocałował ją, a następnie powiedział "Nie spodziewaj się niczego więcej, Granger. To tylko zakład, głupi zakład...". Jakże sny potrafią zmienić swój obrót i bieg.
Spojrzała nerwowo na zegarek. Była piąta. Jeszcze cztery godziny i czekają ją pierwsze owutemy, które będzie zdawała z Transmutacji. Wstała i drżącymi rękami sięgnęła po książkę i notatki. Wciąż miała przed oczami tę jego tryumfującą twarz i przypomniała sobie korepetycje, pocałunki. Nie podejrzewała, że to może ją aż tak gnębić...
Animagowie, to czarodzieje, którzy potrafią zmienić się w dowolne zwierzę.... Nie docierało do niej to, co czyta. Z jednej strony próbowała skupić całkowitą uwagę na nauce, a z drugiej cały czas myślała o Draco. Próbowała wymazać go z pamięci, ale to nie było proste. Samotna łza spłynęła po jej policzku. Definicje i formuły zaklęć rozmazywały jej się w oczach. Miała dość. Chciała uciec daleko od kłopotów. Chciała by wrócił wrzesień, jego początek, kiedy żyli rodzice i kiedy nienawidziła Malfoya. Teraz również go nienawidziła. To było takie dziwne uczucie. Kochać kogoś, ale jednocześnie go nienawidzić...
Ósma. Hermiona, całkowicie ożywiona szła do Wielkiej Sali. Pomimo koszmaru i kilku samotnych łez, była w znakomitej formie fizycznej po umyciu twarzy. Gorzej było z psychiką. Ręce jej się trzęsły, gdy sięgnęła po wędlinę. Cała siódma klasa od Puchonów, po Ślizgonów, mało jadła. Wszyscy czekali z niepokojem na egzaminy. Chcieli żeby, było już po wszystkim. Mieli pragnienie rzucić szkolne torby i książki. Pobiec nad jezioro. Posiedzieć na błoniach, po których słońce kusząco rozsiewały swoje promienie. W końcu kazano im opuścić sale. Gdy ponownie do niej weszli, stało pełno samotnych ławek. Dokładnie tak, jak podczas sumów.
- Zajmujcie miejsca! - oznajmił szorstki głos profesor McGonagall. Wszyscy posłusznie usiedli przy ławkach. Hermiona zajęła miejsce za Ronem. Ku jej nieszczęściu obok Rona usiadł Malfoy, z powodu jedynej już wolnej ławki. Hermiona zacisnęła pięści.
- Przypominam wam, że nie ma szans na oszustwa. Pergaminy i pióra są zaczarowane. Macie dwie godziny. Od - przekręciła wielką klepsydrę - teraz. Piszcie!
Wszyscy odwrócili kartki. Hermiona spojrzała na swój pergamin. Malfoy swoją obecnością zrobił jej wielki mętlik. Przypomniała sobie koszmar, w którym Ślizgon wyliczał jej wszystkie wady. Odczuła przypływ siły. Musi mu pokazać, na co ją stać. Pokaże mu, że to ona jet górą. Nie liczą się pieniądze i pochodzenie.
Uśmiechnęła się do siebie i zaczęła pisać.
- Jak egzaminy? - zapytała Ginny, gdy weszli do Wielkiej Sali, która już powróciła do swojego wyglądu.
- Myślę, że zdam. O animagach napisałam całą rolkę pergaminów, a o zamianie prosięta w szafę tylko pół. Myślicie, że komisja się tym nie przejmie? - zapytała Hermiona.
Ginny się roześmiała.
- Hermiono, gdybym ja napisała chociaż o tym jedno zdanie...
- Już się nie przeceniaj, Ginny. Ty też się świetnie uczysz! - zaperzyła się Hermiona.
- Co z tobą Ron? - zapytała Ginny. Ten jakoś milczał.
- Nic. Po prostu... nie wyspałem się - powiedział szybko Ron.
Harry spojrzał na niego zdziwiony. Przecież dziś nie mógł dobudzić przyjaciela. Nie wiedział jednak, że Ron słyszał rozmowę Heatleya o Hermionie i Draco. Ron wiedział, że to musi być plotka. Po prostu musi. Hermionę i Draco nie może łączyć nic innego oprócz wzajemnej nienawiści. To wszystko. Musieli sobie coś wymyślić...
Potter nie wiedział nic o miłosnych sprawach przyjaciela, jednak z niektórych jego zachowań wywnioskował, że Weasley musi coś czuć do ich przyjaciółki. Nie wyobrażał sobie ich związku - przecież oni cały czas się kłócą i non stop obrażają się.
"Jak dzieci" - pomyślał, gdy Ron zaczął kłócić się nagle z Hermioną o to jak brzmiało pytanie trzecie. Potter, przyzwyczajony już trochę do tego, sięgnął po dżem. Wolał egzamin praktyczny od teorii.
- Hermiona Granger, Gregory Goyle, Mark Heatley - powiedział głos z sali.
Hermiona nerwowo zacisnęła ręce na różdżce. Usłyszała "powodzenia", lecz nie dbała o to, by na nie odpowiedzieć. Weszła do środka. Zobaczyła jakiegoś egzaminatora, pierwszego z brzegu. Gestem zaprosił ja do siebie. Był to czarnoskóry mężczyzna, miał jednak skośne oczy. Był wysoki, miał czarne włosy związane w kitkę. Ubrany był w fioletową szatę.
- John Rosemary. A ty to zapewne Hermiona Granger?
- Tak. Możemy już zacząć? - zapytała, próbując się uśmiechnąć, ale nie bardzo jej to wyszło.
- Oczywiście. Życzę Ci powodzenia. Nie ma się co denerwować - powiedział i uśmiechnął się. Chciał dodać odwagi istocie, która stała przed nim.
- Dziękuję. Spróbuję być spokojna, ale to niełatwe.
- Zaczynamy. Proszę, zamień ten kieliszek w wazon z motywami zwierzęcemi - powiedział, podając jej jakiś kieliszek.
Czas mijał, a Hermiona zgrabnie wykonywała wszystkie polecenia. Gdy wychodziła, zobaczyła że Goyle, który miał zamienić pająka w żółwia, powiększył ją kilkakrotnie. Hermiona uśmiechnęła się.
Poszła nad jezioro i usiadła. Nie dane było jej odpocząć. Wyjęła notatki z Zaklęć, z których egzamin miał się odbyć następnego dnia.
To był już koniec. Siódmoklasiści po blisko dwóch tygodniach egzaminów odpoczęli. Rzucili torby, w górę poszły książki i tiary. Wszyscy byli weseli i szaleli na błoniach.
Do tych wszystkich nie należała pewna Gryfonka. Patrzyła na świat przez łzy. Już za tydzień opuści to miejsce na zawsze, nie będzie odwrotu.
Zastanawiała się gdzie wrócić. Nie miała rodziców, którzy by na nią czekali. Z jej domu nie zostało nic oprócz zwęglonych szczątków. Odziedziczyła po nich trochę oszczędności. Jedyne, co po nich zostało oprócz wspomnień.
Nie miała domu. Hogwart był nim przed siedem lat, lecz wkrótce przestanie. Nie wiedziała, gdzie się podziać. Póki co pani Weasley zaproponowała jej mieszkanie w Norze. Było jej głupio, czuła się jak natręt, ale przyjęła lokum. Dopóki czegoś nie znajdzie. Będzie pomagała pani Weasley w porządkach w miarę możliwości. Pomoże Harry'emu odnaleźć Horkruksy. Lecz co będzie dalej? Nie wiedziała, nie znała odpowiedzi na to pytanie.
Kolejne łzy spłynęły po jej policzku. Nie miała przyszłości. Przynajmniej tak jej się wydawało.
- Hermiono, chodź. Na błoniach jest impreza dla siódmoklasistów.
- Nie chcę nigdzie iść. Ginny, proszę. Muszę się zastanowić...
- Nad czym? Nad życiem? Przecież ono wciąż przynosi niespodzianki. Hermiono, twój płacz nie wróci im życia.
- Wiem. Ale to trudne. - szepnęła Granger.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Nie możesz chować się przed światem. Wszystko przed tobą.
Hermiona spojrzała na drobną osóbkę, która do niej przemawiała. Była drobna, z ognistymi włosami, lecz z wielkim sercem.
Dała się namówić. Podała jej rękę i razem zeszły.
Wierzyła w to, co powiedziała Ginny. Życie szykuje niespodzianki i cuda, na które warto życzyć. Wszystko przed nią.
- Dziękuję Ci Ginny - powiedziała, gdy kładły się do łóżek.
- Za co? - zapytała zdziwiona Ginevra.
- Za wszystko. Za to, że dałaś mi nadzieję.
- Taka rola przyjaciół, prawda?
- Prawda - powiedziała Hermiona i uśmiechnęła się.
Wiedziała, że życie może stać się lepsze. Dużo lepsze.
Nadzieja jest wspaniałym uczuciem. Ona jest sensem istnienia, bez którego nie można by było żyć.
Moja nadzieja, że śmierć początkiem nowego życia...
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [29]Tytuł: Rozdział XXI: Prawda
Dodane: poniedziałek, 10 grudnia 2007, o 15:12:25
Kto chce być nadal powiadamiany, niech wpisze się do Księgi. Za dużo was jest.
Witajcie!
Pomyślałam, że najwyższy czas dodać nowy rozdział. Zacząć kolejną dziesiątkę.
Zbliżają się Święta moi mili. Myślę, że następna notka będzie w święta, ale ja jestem niezrównoważona psychicznie, więc może ukazać się wcześniej lub później. Życie prywatne, jeżeli w ogóle je mam, jest w porządku. Mam uczucie, że nie ma mnie. Jest tylko szkoła i nauka.
Notka jest chyba nie najgorsza i długość, mam nadzieję, was zadowala.
Dedykacja
Tę notkę dedykuję pięciu wspaniałym osobom: Nadii, Weronice, Kindze i Agatce. Szczerze mówiąc, jest na mnie śmiertelnie obrażona, ale jakoś przeżyję. Tak więc te pięć osoby są najważniejsze w moim życiu. Dzięki nim się śmieję, wygłupiam się. Wspierają mnie, pomagają mi w szarej rzeczywistości. Dziękuję za to wszystko to za mało, ale musicie się tym zadowolić.
Hermiona szła korytarzami, nucąc jakąś wesołą melodię. Dzisiejszego popołudnia odważyła się zrobić to, co planowała od ferii Wielkanocnych. Ku jej przypuszczeniom McGonagall zgodziła się. Musiała się zgodzić, co wprawiło Hermionę w doskonały nastrój. Myślała, że już się uwolni od tego Ślizgona. Że wraz z końcem tego wszystkiego, znikną wszystkie wspomnienia i uczucia związane z Malfoyem. W głębi duszy wiedziała, że jest to niemożliwe, jednak nadzieja przykrywała te wątpliwości. Nadzieja jest uczuciem, bez którego nie pokonalibyśmy żadnych kłopotów. Hermiona wiedziała, że ta drobna iskierka nadziei starczy, by pokonać to wszystko. Spojrzała na zegarek. Było w pół do szóstej. Widząc, że ma jeszcze półgodziny, skierowała się w kierunku biblioteki.
- Szybciej Blaise, bo nie zdążymy - powiedział Malfoy, widząc jak jego przyjaciel idzie za nim kilka metrów.
- Wyluzuj Draco, przecież mamy jeszcze półgodziny - powiedział Zabini, patrząc na przyjaciela, jak na wariata.
- Zrozum, Granger nie może nas zobaczyć, a przecież muszę udowodnić temu Heatley' owi, że rzecz, która nigdy nie miała i nie będzie mieć miejsca, jest prawdą.
- Dobrze, już dobrze, ale przecież mówisz, że czasami spóźnia się kilka minut - powiedział Zabini.
- Ona jest nieobliczalna. Po za tym trzeba zrobić nastrój. Pospiesz się - powiedział Malfoy.
- Przecież będzie wyglądać podejrzanie, jak będziemy biec - powiedział Zabini. Draco przystanął.
- Dobra, ale naprawdę musimy się spieszyć.
- Choć tędy, tutaj jest skrót - powiedział Zabini, wskazując jakiś obraz, za którym było tajne przejście.
Hermiona siedziała przy stoliku i zerknęła na zegarek. Była szósta. Zaknlęła cicho i w pośpiechu zaczęła zbierać książki i inne rzeczy do torby, po czym wybiegła z biblioteki. W jej stronę oglądało się wielu uczniów, ale ona się tym nie przejmowała. Dziesięć po szóstej stanęła przed klasą. Malfoy pewnie jest już w środku. Weszła do środka i pogwizdując cicho, usiadła obok Ślizgona.
- A co Tobie tak wesoło? - zapytał Ślizgon, gdy Hermiona uśmiechnęła się do niego.
- A co, to jakaś zbrodnia? -zapytała - Mam dobry humor, bo dzisiaj mamy ostatnią z korepetycji. Powiedziałam McGonagall o twoich postępach i o tym, że ja muszę zająć się nauką do najważniejszych egzaminów. A McGonagall wyraziła zgodę na zakończenie tego cyrku. Jeszcze jakiś pytania? Co ci jest? - zapytała, gdy Malfoy nerwowo spojrzał w stronę biurka, za którym był ukryty Blaise. "Jak mu się nie uda, to go zabiję" - pomyślał.
- Nic mi nie jest. Zaskoczyłaś mnie tą WSPANIAŁĄ nowiną - powiedział. Jego ton głosu był ironiczny.
- Dobra, a ja mam propozycję, żebyśmy zajęli się LEKCJĄ - powiedziała z naciskiem na ostatnie słowo.
- Jak sobie pani życzy, pani profesor - zadrwił Malfoy i wyjął trzy wypracowania, które mu zadała na ostatniej lekcji.
Hermiona prychnęła, a kąciki jej ust zadrgały lekko. Podświadomie chciała, by ten chłopak ją pocałował. Teraz, w tej chwili. Ostatni raz w życiu. Z drugiej strony próbowała się od tej myśli uwolnić.
Malfoy spojrzał na nią. Był pewny, że myśli o nim. Pochylił się ku niej. Był pewny, że tym razem mu się uda. Nie przeliczył się. Hermiona odwzajemniła pocałunek. Ukryty za biurkiem Zabini, gorączkowo cykał zdjęcia aparatem, który zabrał z domu na prośbę Malfoya. Zdjęcia miały być dowodem ich miłości.
W końcu oderwali się od siebie. Hermiona jakby ochłonęła.
- Co ty zrobiłeś? - zapytała.
- Chciałaś tego - powiedział Malfoy. Wiedział, że Blaise miał wystarczająco dużo czasu na zrobienie wspaniałych zdjęć.
- Nieprawda - powiedziała Hermiona, choć wiedziała, że kłamie sama przed sobą.
- Żegnaj Malfoy - powiedziała Hermiona.
- A lekcja? - zapytał niewinnie Draco.
- I tak była ostatnia - powiedziała Gryfonka, po czym wyszła z klasy.
- Witaj Malfoy! I co, przegrałeś zakład, prawda? Nie dałeś mi dowodów - powiedział ironicznie Heatley. Chociaż był niższy od Malfoya o głowę, tryumfował tak bardzo, że czuł się dwa razy od niego większy.
- Nie powiedziałbym tego Mark - rzekł Malfoy, po czym dał mu do ręki plik zdjęć. Heatley spojrzał na niego zdumiony.
- I co? Jestem znowu u was, prawda? - powiedział Malfoy.
- Nie wierzę temu, co widzę - powiedział Mark.
- Ja też, ale widocznie wszystko jest możliwe - powiedział dumnie Malfoy.
- Wygrałeś, ale dla mnie i tak zostaniesz śmieciem - powiedział cicho Heatley, gdy Malfoy oddalił się na wystarczającą odległość.
Hermiona leżała na łóżku i płakała. Do sumów został niecały miesiąc, ale o nauce nie było mowy. Miała ranę w sercu, która nie chciała się zagoić. Wiedziała, że Malfoy musiał wszystko udawać, jednak nigdy nie pomyślałaby, że ta szuja może wykorzystać ją tylko po to, by zyskać szacunek.
- Hermiono przyniosłam ci tosty - powiedziała Ginny, patrząc na przyjaciółkę.
- Dzięki Ginny - rzekła Hermiona, uśmiechając się do niej przez łzy.
Wciąż miała przed oczami Heatleya, który zapytał się jej, jak to jest być dziewczyną Malfoya. Pamiętała swój szok, gdy usłyszała to pytanie. Zignorowała to i szła dalej. Potem spotkała Malfoya. Zapytała się go co to znaczy, a on odpowiedział "To był tylko głupi zakład szlamo. Myślałaś, że mógłbym się tobą zainteresować?", po czym się zaśmiał i odszedł. Pamięta, jak stała kilka minut w miejscu, a w końcu poszła do dormitorium, trzymając się dzielnie. Zaczęła płakać dopiero, gdy rzuciła się na swoje łóżko.
- Hermiono, nie przejmuj się tym głupkiem - powiedziała Ginny.
- Nie przejmuję się nim, tylko sobą. Czyżbym była egoistką?
- Przestań Hermiono! Harry i Ron pytali się, co ci jest...
- I co im powiedziałaś?
- Że to twoje prywatne, miłosne sprawy i żeby się nie czepiali. Powinnaś widzieć minę Rona. - Hermiona uśmiechnęła się.
- Dzięki, że jesteś - powiedziała brązowowłosa.
- Nie ma za co Hermiono. Od tego są przyjaciele - powiedziała ruda, podając chusteczkę przyjaciółce. W głębi ducha wierzyła, że Hermiona spojrzy na rudzielca, który jest tak blisko niej. Tak bardzo marzyła, że Hermiona pokocha jej brata. Mimo wielu wad, był przecież dobrym człowiekiem, który zasługuję na taką dziewczynę, jak Hermiona. Jednak nie wiedziała, co przyniesie przyszłość.
- W takim razie dziękuję, że jesteście mi tak bliscy, tylko wy mi zostaliście - powiedziała Hermiona, a kolejne łzy wylądowały na poduszce.
- Nie mów tak - powiedziała Ginny - Moja rodzina jest twoją rodziną. Zawsze już będzie. Masz rodzinę. Taką wielką i prawdziwą, o jakiej każdy z nas marzy. Zobaczysz, niedługo założysz z kimś rodzinę i będzie fajnie. Za kilka lat będziesz się śmiała z tej przygody, Hermiono. Uwierz w to, a wszystko będzie dobrze.
- Wierzę w to, Ginny. Naprawdę. Chyba zasługuję na czyjąś miłość?
- Oczywiście, że tak. Powiem ci w sekrecie, że zawładnęłaś już czyimś sercem.
- Tak, Wiktora Kruma, ale on jest tylko moim przyjacielem.
- Nie o Kruma tu chodzi.
- To o kogo? - zapytała Hermiona. Ożywiła się trochę.
- Dowiesz się w swoim czasie - powiedziała Ginny.
- Ale...
- Nie powiem już ani słowa. Teraz się wyśpij. Odkąd dowiedziałaś się o tym w piątek po południu, to do dzisiejszego dnia rozpaczałaś. A jest niedziela.
- Dobrze, już się pozbieram. Jutro przecież lekcje - powiedziała Hermiona.
Hermiona nie mogła zasnąć. Zastanawiała się o kim mówiła Ginny, jeżeli nie zmyślała. Nikt nie przychodził jej do głowy, a o Ronie nawet nie pomyślała. Tymczasem właściciel płomiennorudych włosów leżał na łóżku i myślał, kto zadał taki cios Hermionie. Od mniej więcej dwóch lat była dla niego kimś więcej niż tylko przyjaciółką. Cały ten romans z Lavender miał na celu zemstę za Kruma. Tym romansem chciał również sprawić, by dla Hermiony stał się kimś więcej niż tylko przyjacielem. Myślał, że się udało. Jednak wszytko wyszło na marne. Chociaż cierpiała podczas tego romansu, nic nie wskazywało na to, żeby jej się podobał. Po za tym nie mógł sobie wybaczyć swojego zachowania w walentynki, a przecież chciał jej wyznać miłość.
Tak, miłość jest skomplikowanym uczuciem, który nie ma definicji. Każdy czuje ją inaczej i czasami jest bardzo zawiła. Pewne jest jednak to, że jest ono najwspanialszym uczuciem.
Świat się nie kończy, Świat się zaczyna.
Miłość to świata sens i przyczyna.
Dopóki kocha się dwoje ludzi,
Słońca na niebie Bóg nie ostudzi....
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [51]Tytuł: Rozdział XX: Pomysł
Dodane: piątek, 30 listopada 2007, o 17:09:40
Witajcie!
Powracam do was z nową notką. Nie martwcie się, wcale o was nie zapomniałam, jednak mam nawał sprawdzianów. W tym tygodniu były cztery, w poniedziałek wszystko do początku. Po prostu mnie krew zalewa. Życie mnie nie rozpieszcza, co bardzo daje mi się we znaki. Dziś byłam na konkursie polonistycznym, napisałam pracę na kolejny konkurs polonistyczny, a w środę mam konkurs historyczny, a któregoś dnia chyba biologiczny. Klasówek pełno, życie osobiste się wali, gdyby nie moje przyjaciółki...
Tak więc powodów jest sporo. Nie powiem, że weny również mi brakuje. Nie wiem, co teraz zrobić. Najchętniej zrobiłabym już dzieje po Hogwarcie, ale muszę przebrnąć. Wy też, ale postaram się wam to wynagrodzić.
Notka jest średniej jakości i długości. Mam nadzieję jednak, że ją przeżyjecie.
Właśnie zauważyłam, że dobrnęłam do dwudziestu rozdziałów. Przydałby się jakiś szampan...
Dedykacja
Tę notkę chciałabym zadedykować najważniejszym osobom w moim życiu: Nadii, Weronice, Kindze, Agatce i również Dorocie. Dzięki wam moje życie nabiera kolorów i w ogóle istnieje. To wy dajecie mi siłę i nadzieję, pomagacie i wspieracie. Choć w moim życiu brakuje mi chłopaka, jednak wy mi go wynagradzacie. Chłopak nie ma być na pokaz, tylko ma pocieszać, być z tobą. Mnie chłopka na razie nie potrzebny. Bo po co, skoro mam takie cudne przyjaciółki? Dzięki wam moje życie ma sens, powtarzam: ma sens. Wy mi pomagacie, wspieracie, wygłupiacie się ze mną. Pozwalacie wrócić do dzieciństwa, a także przetrwać te trudne chwilę. Wiem, że to niewiele, ale mówię jedno magiczne słowo:
Dziękuję
Gdy tylko oddaliła się na wystarczającą odległość od biblioteki, puściła się biegiem. Była niedziela, więc o tej porze na korytarzach można było spotkać małą liczbę osób.
-
Aurea dicta - wysapała do Grubej Damy.
- A gdzie ty byłaś całą noc? - zapytała Gruba Dama, odsłaniając jej przejście. Hermiona mruknęła coś niezrozumiałego i wbiegła do Pokoju Wspólnego, nie zamykając portretu, ani nie oglądając się za siebie..
- Świetnie, ty leć udawać, że nie zginęłaś a ja sobie tak powieszę? - zapytała Gruba Dama sarkastycznie. Hermiona udała, że tego nie słyszy. Rzuciła torbę w kąt i skierowała się ku schodom do dormitorium dziewczyn. Hermiona wbiegła, przeskakując po trzy schody. W końcu wpadła do swojego dormitorium, dysząc ciężko.
- Gdzieś ty była!? - zapytała Ginny - Czy wiesz jak się o ciebie martwiłam!?
- Przepraszam Ginny... To na prawdę nie moja wina... - zaczęła Hermiona.
- Nie twoja wina! Też coś! Co takiego mogło się stać! Bałam się, że Malfoy lub któryś ze Ślizgonów mógł zrobić Ci coś złego! - krzyczała Ginny.
- Ginny posłuchaj... To naprawdę nie moja wina! Pani Pince zamknęła bibliotekę, kiedy ja byłam w regałach i zostałam w niej... całkiem sama - powiedziała Hermiona. Sama nie wiedziała czemu, jednak nie chciała mówić o Malfoyu. Już i tak źle się poczuła, gdy Ginny wymówiła jego nazwisko.
- No tak! Biblioteka. A ja? - zapytała Ruda. Jak na osobę z rudymi włosami miała nawet za bardzo ognisty temperament.
- Zrozum, że zostałam sama, a drzwi były zamknięte na amen. Proszę, skończmy tę dyskusję i nie mówmy nic Harry'emu i Ronowi, dobrze? - zapytała Hermiona, patrząc na przyjaciółkę błagalnie.
- A czy mam inne wyjście? - zapytała Ginny i uśmiechnęła się. Dziewczyny rzuciły się w sobie ramiona i poszły na śniadanie.
Nadszedł kwiecień, wywołując już o wiele większą presję na uczniach, głównie piątych i siódmych klas. Drzewa puściły pierwsze liście, a wiosenne słońce namawiało wielu do opuszczenia zamku i spaceru po zielonej murawie. Hermiona i Draco zachowywali się tak, jakby nic w ogóle się nie wydarzyło. Jakby ta noc w bibliotece nie istniała.
"Byłem tak blisko, ale ta jak zwykle musiała coś zepsuć" - myślał Malfoy, spacerując wokół jeziora. Zastanawiał się, czy na pewno dobrze zrobił, zakładając się. Przecież do końca roku szkolnego zostało tylko trochę czasu. Czy warto było go zawierać pod wpływem emocji? Przecież chodząc z tą szlamą, skompromituje się. Kopnął ze złością jakiś kamyk.
- Au! - usłyszał ze strony, w którą posłał kamyk. Spojrzał w tamtą stronę. Przed nim stała Hermiona Granger z Ginny Weasley. Hermiona dostała kamyczkiem w głowę.
- Co się stało? - zapytała Ginny.
- Nic, dostałam czymś w głowę - powiedziała, po czym obróciła się. Zobaczyła Malfoya, który patrzył się na nią.
- Ginny, proszę Cię chodźmy stąd, coś mi się przypomniało - powiedziała Hermiona, łapiąc Weasley' ównę za rękę. Ginny otworzyła buzię, by się zapytać, czemu nagle wracają, ale spostrzegła Malfoya.
Hermiona nie miała ochoty na spotkania z nim po za korepetycjami, gdzie naprawdę dużo siły wkładała, by opanować się. Żeby nie reagować na jego małe zaczepki, ani żeby nie patrzeć na niego. Naprawdę dużo ją to kosztowało. Musiała przyglądać mu się, chociaż przez chwilę. Wiedziała, że to on posłał w jej stronę kamyk. Sama nie wiedziała, czemu ucieka od niego. Przecież udawali, że tam w bibliotece nic się nie stało, jednak Draco zasugerował jej, że ją kocha. Nie mogła o tym zapomnieć. Zastanawiała się nad tym wszystkim. Coraz bardziej ją to bolało.
Weszli do zamku, do jakieś pustej klasy.
- Czemu mnie tu przyprowadziłaś? I czemu tak gnasz od Malfoya, przecież ty go kochasz! - powiedziała Weasley' ówna.
- Wiem, ale nie chcę mieć z nim do czynienia. Wystarczą mi te korepetycje, o których krążą jakieś durne plotki, jako o randkach.
- No wiesz, dla ciebie w pewnym sensie to randka...
- Ginny, proszę cię. Zrozum, ja nie mogę z nim być. Nigdy. On jest głupim arystokratą, któremu nie wiadomo co chodzi po głowie.
- Dobrze, już dobrze. Ale i tak nie rozumiem jak możesz tak postępować. Jakby to był Harry, ja bym walczyła o miłość.
Hermiona nic jej nie odpowiedziała.
- Chodźmy, słyszę dzwonek - powiedziała Hermiona i obie wyszły z klasy.
Były ferie Wielkanocne. Wielkanoc w tym roku wypadła bardzo późno, ponieważ w drugiej połowie kwietnia. Malfoy, jako jeden z nielicznych został w Hogwarcie na święta. Był zapraszany przez Tonks i Lupina, jednak odmówił. Gardził nimi, jednak nie chciał im sprawiać bólu. Czyżby odezwały się w nim jakieś ludzkie uczucia?
- Malfoy, ile jeszcze mamy czekać? - zapytał Hertley. Był to Ślizgon, z którym Draco założył się, że poderwie Hermionę. Gdyby wzrok mógł zabijać, Hertley natychmiast padłby martwy na ziemię.
- Już mi się udało - powiedział Malfoy, nieoczekiwanie dla samego siebie.
- Nie wierzę ci - powiedział Heatley - Skoro jest twoją dziewczyną, przyprowadź ją tu.
- Zwariowałeś? Ona się nie zgodzi. Granger to może i szlama, ale nie głupia i raczej nie chce chodzić z kimś na pokaz. Nie martw się, wymyślę coś, by potwierdzić moje słowa. A teraz bądź tak łaskaw i odejdź, bo czytam - powiedział Malfoy.
- Ty czytasz?
- Coś ci nie pasuje? Lepsze to niż nauka.
Hetley prychnął.
- Udowodnij to. Byle szybko. - powiedział i wyszedł z Pokoju Wspólnego.
Malfoy odłożył książkę i ukrył twarz w dłoniach. Skłamał. W tak beznadziejnej sprawie. Chciałby ją rozwiązać. Skłamał, a na dodatek musiał udowodnić prawdziwość swoich słów.
I nagle do głowy wpadł mu znakomity pomysł. Uśmiechnął się tryumfująco i skierował się ku swojemu dormitorium. To takie proste... Wystarczy tylko napisać do Blaise'a i po kłopocie.
Po feriach Wielkanocnych Hermiona wróciła do Hogwartu, zupełnie nieświadoma planów grupy Ślizgonów. Teraz przede wszystkim myślała o egzaminach. Starała się nie myśleć o Malfoyu, jednak to było silniejsze od niej samej. Myślała o nim przez całe wspaniałe ferie, które spędziła w Norze. Uśmiechnęła się, gdy przypomniała sobie, jak Harry potknął się, niosąc jajka. Tym faktem sprawił, że połowa jajek przygotowanych na śniadanie, wylądowała na głowie Rona, ku uciesze całej rodziny, czego nie można powiedzieć o Ronie.
Przemyślała to przez ferie i miała idealną wymówkę, by pozbyć się Malfoya. Miała nadzieję, że McGonagall nie będzie jej miała tego za złe, w końcu jej chyba też zależy na dobrych wynikach jej uczniów. Postanowiła, że pójdzie do niej z samego rana. Pełna optymizmu, jakim napełniła ją ta myśl, położyła się do łóżka i zasnęła, nie myśląc o nim.
Pytam się gwiazdy, co drogę wskazać błądzącym miała,
Czemu ze wszystkich pragnień na świecie to ty mnie wybrałeś?
Gwiazda co w rzece wciąż się przegląda, też tego nie wie.
Czemu ze wszystkich pragnień na świecie wybrałam ciebie?
NapisaĹa: Elizabethkomentarze [49]